PDA

View Full Version : Nasze dzieciństwo


Joanna49W.
29-12-2013, 22:15
Moje dzieciństwo
Urodziłam się na wsi.Był okres powojenny.Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne.Pierwszy wątek z mojego dzieciństwa zapamiętałam gdy miałam 3,5 roku.Urodziła się moja najmłodsza siostra, jak przez mgłę pamiętam przygotowania do chrztu.Przyjechała ciocia i zaczęły obie z moją mamą ubierać w jakieś bardzo białe ciuszki to maleństwo.Tata założył konie do bryczki i powóz stał przed domem. Wydawało mnie się wtedy że oni zabierają to maleństwo.Byłam przerażona, nie mogłam lub nie umiałam protestować.Stałam jak wryta w progu drzwi wyciągnęłam rączki od futryny do futryny i jedną miałam myśl jak ich tu nie wypuścić z tego pokoju.Dalszego obrotu sprawy nie pamiętam.
Drugi wątek pamiętam gdy miałam ok 4-5lat. Wtedy były na wsi w gospodarstwie obowiązkowe dostawy płodów rolnych.Któregoś spokojnego dnia,rodzice jak zwykle za biegani, przyjechało dwóch panów rowerami,a rower w tych czasach to był luksus.
Panowie ci rozmawiali z rodzicami bez naszej obecności.W naszych czasach nie było mowy o tym aby dzieci przy rozmowach dorosłych uczestniczyli.Widziałam tylko jak tato wkładał płaszcz i wychodził z owymi panami.Mama bardzo płakała.Nie pamiętam kiedy wrócił.Ale od tego dnia kiedykolwiek ktoś pojawiał się na naszym podwórzu z teczką skórzaną od razu miałam na myśli że ojciec ubierze płaszcz, wyjdzie a mama znowu się rozpłacze.
Przez całe moje życie kiedy zobaczę teczkę skórzaną zaraz przypominają się te chwile z dzieciństwa.

Inny wątek pamiętam gdy już miałam 8 lat.Rodzice pojechali kilkanaście kilometrów grabić siano z moją o rok starszą siostrą.
Moim zadaniem było z bratem o rok młodszym napaść krowy na pastwisku i na poić przy studni.Tego bydła było ok.20 sztuk i tyle samo owiec.Bardzo było niebezpieczne to wykręcanie wody ze studni dla tylu sztuk zwierząt. Tym gorzej im były większe upały. bydło pchało się do wodopoju ,a my małe drobne dzieci w tym całym chaosie.Trzeba było jeszcze te krowy wydoić.Do dziś nie zapomnę jak mama kazała doić po pół wiadra i odlać w osobne naczynie.Mnie się pewno nie chciało dużo chodzić z tym mlekiem więc doiłam do pełna.Gdy już wchodziłam z po tej krowy z pełnym wiadrem jednym machnięciem krowiej nogi i mleko wszystko wylane.
Innym razem mój brat miał 8 lat i musiał już pracować końmi na polu.Któregoś razu wrócił wcześniej z pola.Tato pytał dlaczego wrócił a on w płacz.Za nim przyjechał końmi sąsiad i opowiedział co się stało.Otóż konie się spłoszyły wyrwały z rąk mojego brata i pobiegły przed siebie,wpadły do miasta gdzie sąsiad je zatrzymał.
Był to okres stalinowski.
Pamiętam wiele takich przypadków z dzieciństwa.
Chciałabym abyście włączyli się do tematu i pisali o swoim dzieciństwie . Przecież każdy je miał.Jeden przyjemne inni przykre.
Pozdrawiam.Joanna

barteczek
29-12-2013, 22:47
Joasiu, bardzo miły i potrzebny wątek! Zobaczymy ile z nas tutaj napisze coś ze swojego życia. Lepiej czyta się miłe przeżycia, oczywiście, nie każdy przeczyta bez łezki bolesne przeżycia...

Od siebie mogę napisać okres wojny...byłam małą dziewczynką, zagubiona jak wiekszość dzieci wojennych. Zostałam sama z mamusią, 19 letnią kobietą...teraz nie mieści się w głowie żeby taka dziewczyna zajmowała się domem, dzieckiem i oczekiwaniem na męża - czy wróci z wojny? -
Pamiętam jak już wrócił z wojny, jak mamusia Go myła...był brudny, zmęczony, szli od Warszawy do Lublina nocami, w dzień zagrzebywali się w rowach i drzemali...

Pamiętam jak wojsko Ruskie wchodziło do miasta...owijali nogi szmatami, nie mieli obuwia...byli głodni i zmarznięci...
Pamiętam bardzo mało wojsko Niemieckie..byli ładnie ubrani, dawali dzieciom czekolady..Może to był sen???
Po wojnie przenieśli ojca do Stalinogrodu / obecnych Katowic /tutaj urodził się mój braciszek, byłam już dorastającą panienką...
Na razie wystarczy...

Joanna49W.
30-12-2013, 18:07
Witam Ninko!!!! Bardzo interesująca opowieść z okresu wojennego.Czy możesz kontynuować dalej?
Pozdrawiam.Joanna.

barteczek
30-12-2013, 18:22
Oczywiście Joasiu! Tylko wyjdzie z tego POWIEŚĆ!
Pozdrawiam moja droga! Wpiszę jeszcze....:*

Joanna49W.
02-01-2014, 18:33
Najstarsza siostra poszła do szkoły jako siedmiolatka.W tym czasie pasałam krowy i owce,często z bratem.Pies który pasał z nami bydło był mój największy przyjaciel.Zawsze był ze mną,był też posłuszny w pilnowaniu stada.
Któregoś dnia przy takim pasaniu sąsiedzi pielili ręcznie buraki czy ziemniaki,tego już nie pamiętam,gospodyni przyniosła w koszu im posiłek i coś do picia.Zostawiła pod krzakiem żeby było w chłodzie, poszła do swoich obowiązków. Po kilku minutach rozległ się straszny wrzask kobiety,spojrzałam w kierunku krzyku.
Oniemiałam z wrażenia,mój pies zjadł z kosza śniadanie,do tego wylał tz.bańkę z piciem.Brat zobaczywszy to uciekł.A ja zostałam sama na polu bitwy.
Innym razem sąsiad siał w konie zboże a za siewnikiem chodziła gospodyni w pewnym momencie nasz ukochany "Mopi"
(tak się nazywał )ukradł sweterek gospodyni który położyła na miedzę i biegł w naszym kierunku.Ja z bratem uciekałam do domu a pies coraz prędzej za nami.
c.d.n
Joanna

Joanna49W.
02-01-2014, 18:50
Pisz Ninki pisz!!! - Chętnie poczytam.Zawsze lubiłam prawdziwe historie. Czekam.
Pozdrawiam. Joanna.

barteczek
02-01-2014, 19:26
Czułaś że tutaj byłam???!!!!
Dzieciństwo spędzałam na wsi koło Lublina, rodzice byli w Sosnowcu, ja wolałam u babci!
Byłam z dziadziem w lesie/ były / nasze lasy! To był spory las, własność dziadka...nie wiem co się z nim stało...Dziadzio sprzedawal dęby, i potem musiał wykopać korzeń, czy pniak na to mówił..wiem tylko, że to było ogromne!!!! Cała fura była pełna tych pniaków, w domu dopiero z wujkami to rozbijali na mniejsze kawałki i układali przy stodole. Były wbite pnie aż pod strzechę, jakież poprzeczne kije...i tam suszyły się te drwa. Raz, oj, bolesne wspomnienie, coś mi wujek/ brat mojej mamusi/ powiedział i chciałam mu zrobić na złość. Udało się, bo wyciągnęłam jeden taki kawałek z tej śniany i ZAWALIŁO się cała ściana na podwórko...stałam przerażona z tym kawałkiem w ręku i w tym momencie wjechał na podwórko dziadzio, usłyszłam - pppprrrryyyy - i dostałam z rozpędu batem przez tyłek! Jejku, jaka byłam obrażona na dziadzia, a to był mój ukochany dziadzio, ja jego najstarsza i do śmierci ukochana wnusia!! Z rozpaczy nie płakałam, stanęłam za domem obrażona na amen! Przez kilka dni nie odpowiadałam na pytania dziadzia...wreszcie, któregoś dnia dziadzio wjechał na podworko, znowu to - ppprrryyyyy - kochałam to jak to dziadziomowił. Coś zaczął mówić do mnie, ale ja nadal byłam zaklęta! Nagle usłyszałam skomlenie za dziadzia marynarką...i od razu byłam grzeczną wnusią. Dziadzio przywiósł z lasu szczeniaka, żółtego, najpiękniejszego na świecie!!!!!!!! Był tylko mój!

Oczywiście jak to na wsi, po miesiącu pies musiał być na łańcuchu...zrobiła się bestia z niego..był wściekły na cały świat, ja sobie nie radziłam z tym problemem..nie wiedziałam, że tak się dzieje z psem jak poczuje łańcuch na szyi....nawet babcia już nie mogła do niego podejść..kijem przysuwała miskę, napełniła jedzeniem i popychała do niego...Tak, że byłam z tym psem może cztery miesiące i od września musiałam iść do szkoły. Byłam w Sosnowcu a myśli krążyły przy moim BURSZTYNKU! Czerwiec, śwaidectwa i pociąg do babci! Całą noc jechałam z rodzicami i rodzeństwem i chciało mnie pokręcić z radości...na podwórku stała babcia z rozłożonymi ramionami że wnusia w nie wpadnie, a wnusia wpadła do psa...złapałam go za bary, wtuliłam się w niego i coś mu szeptałam, że tęskniłam za nim, że go kocham! Psu się coś gotowało w piersiach, grzmiało mu z hukiem w brzuchu...babcia coś powiedziała rodzicom, dziadzio złapał widły / to miał pod ręką / bo wyszedł z obory...na szczęście Burtyn mnie poznał po głosie...potem usłyszałam od dziadków, że nie da się do niego podejść, już by go oddali ludziom, ale to przecie wnusi pies! Ocalał bo mnie poznał. Całe lato wieczorami biegałam z nim po polach, szalał z radości!!!

Żył długo, bo ja już byłam dorosła, chciałam mu pokazać moją córeńkę, a dwa dni wcześniej spaliła się stodoła i Bursztyn!

Joanna49W.
03-01-2014, 17:58
Jak bardzo żal BURSZTYNA.!!!!
Pozdrawiam.Joanna

Hela1056
03-01-2014, 18:45
Ninko..........masz dar...........opisuj dalej,czekam na ciag dalszy.
JOASIU.......pozdrawiam

Joanna49W.
03-01-2014, 18:58
Gdy pierwszy raz szłam do szkoły mama mnie zawoziła rowerem, na tz. bagażniku.Ze szkoły szłam na piechotę 4 km.Jesienią idąc ze szkoły, mama koło domu pasła krowy bo brat mając 6 lat dostał konie i pracował w polu.Zabierała mi tornister i kazała pilnować stada a ona poszła gotować obiad.Nie jeden raz w między czasie jeszcze musiała upiec chleb.Nie pamiętam co w tym czasie robiła moja 4 letnia siostra.Przy tym pasaniu bydła po szkole byłam bardzo głodna.W pobliżu rosły ziemniaki albo buraki pastewne.Z głodu wyrwałam buraka i sobie pojadłam.
W pobliżu też mama miała posiane warzywa,gdy była marchew lub kapusta no to był rarytas.
Jesienne pasanie krów trwało do ciemna.Mama z tatą i starszą siostrą pracowali w polu do zmroku.Bałam się ciemności a musiałam czekać aż pójdą z pola i zapędzimy bydło do domu.
W tej polnej ciemności tuliłam się do mojego MOPI.
Potem było odrabianie lekcji przy lampie naftowej.

Wrócę na moment do lata.
Gdy mama z tatą pojechali końmi do miasta,ja z moją starszą o rok siostrą, wyprowadziliśmy damski rower i chciałyśmy jeździć.Ale aby jechać na rowerze najpierw trzeba się nauczyć.Rodzice zabraniali nam używać tego luksusowego pojazdu.
Siostra próbowała wsiąść i jechać ale się wywróciła zbiła mocno kolano,pamiętam płakała.Natomiast ja zamiast zając się potłuczoną siostrą, wykorzystując moment chwyciłam za rower i sama próbowałam nim jeździ.Ale już ostrożniej aby się nie pokaleczyć. Gdy rodzice wrócili i zobaczyli uszkodzony sprzęt do dopiero była awantura. Ojciec często używał pasa do bicia nas.Tym razem mnie i ją pas ominął, bo to przecież siostra była prowokatorem a ona była jego córeczką.

Pierwszy raz w szkole podstawowej włączyli nam głośnik i przemawiał W.Gomułka.Nawet nie wiedziałam co to oznacza GOMUŁKA. Nic nie rozumiałam co przemawiał bo nie mogłam pojąć jak w takie małe pudełko wszedł człowiek.
cdn.
Joanna

Joanna49W.
04-01-2014, 12:55
Gdy przyszłam na świat,nie było już moich dziadków,babcie żyły obydwie.Po urodzeniu się najmłodszej siostry do naszego domu przyszła jakaś kobieta. Nie pamiętam czy kiedykolwiek przedtem ją widziałam.Krzątała się po mieszkaniu jak to zwykłe goście.Dla mnie było nie do pojęcia, mama mówiła do niej "MAMO". Długo miałam ten obraz w pamięci.Potem okazało się że to matka mojego taty.
Mijały dni i tygodnie. Miałam już 5-6lat,mama mnie ubrałabym szła z tatą do jego dzień wcześniej zmarłej matki.
Pokój w którym leżała był duży,widzę do dziś ją leżącą w trumnie. Tato ukląkł na jedno kolano i przez chwile milczał,ja stałam w bezruchu.Nawet się nie wzruszyłam.W tym samym czasie weszła do pokoju siostra mojego ojca, strasznie szlochała i wymawiała słowa" moja mama moja mama". Krzyku tego zaczęłam się bać,ale stałam dalej w bezruchu, nie trwało to długo.
Przeszliśmy do drugiego pokoju, był jeszcze większy od poprzedniego.Tu stały na stole nakrycia i przygotowania do posiłku gości.
Najpierw było witanie i całowanie się z ciociami.Nagle weszła do pokoju owa rozkrzyczana ciocia i się ze mną witała.Znów nie mogłam zrozumieć jak mogła z tak głośną rozpacz zamienić na głośny i pusty śmiech.
Potem był pogrzeb i tato z mamą pojechali bryczką z zaprzężą konną.
Inny obraz mam w pamięci z drugą babcią, mamą mojej mamy.
Ale to już następnym razem.
Joanna.

barteczek
04-01-2014, 21:23
Fakt Joasiu, to ciekawy wątek. Mam bardzo dużo wspomnień, trudno je zebrać i podzielić na rozdziały.
Pamiętam moją prababcię. Moja babcia zabrała mnie do swojej chorej mamy. Pamiętam jak założyła mi czapeczkę biała, z sierści kroliczków. Dziadzio je chodował, ciocie czesały i przędły nici z tej milutkiej waty...to był puch!
Babcia posadziła mnie u swojej mamy na stole/nie wiem dlaczego/były jeszcze dwie śliczne dziewczyny z długimi i grubymi warkoczami i mówiły do mojej babci - ciociu -potem dowiedziałam się, że to córki, babci siostry, Natalka i weronika, obie zmarły bardzo młodo na gruźlicę. Byłam w sierpniu na ich grobach.
Tak, babci siostra nie miała szczęścia, umierały jej dzieci , został jej najmłodszy syn, jakiś niepełnosprawny, Adaś. Znałam go długo..byłam już babcią jak odszedł.
Siedziałam na stole ubrana i patrzyłam jk babcia myła, ubierała swoją ukochaną mamę...tak pięknie do niej mówiła, aż byłam zazdrosna...chociać prababcia wyciągała do mnie ręce, moja babcia nie zdjęła mnie ze stołu...nie pozwoliła mnie wycałować swojej mamie.
Pamiętam jak prababcia odeszła, była siostra mojej mamusi przy niej. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie było siostry mojej babci? Pamiętam ją, ciocia Helena, bardzo miła, malutka kobieta. Pewnie w tym czasie była w szpitalu? Nie wiem, ale było fajnie chodzić tam z babcią..trzymała mnie za rękę, podskakiwałam jak malutki krasnal.
Miałam z 15 lat, wakacje, pojechałam do babci na miesiąc, bo byłam Harcerką i jeden miesiąc musiałam być na Obozie. Wtedy moja babcia była bardzo chora, miała raka pod prawą pachą, lekarz to rozciął i zostawił. Siostra mamusi była bez przerwy przy swojej mamie a mojej ukochanej, jedynej babci/przepraszam za błędy, bo płaczę/Pamiętam i nigdy nie wymarzę widoku rany jaką zobaczyłam u babci...ciocia robiła opatrunek, zdjęła gazy mokre od ropy i krwi / babcia ze mną rozmawiała radośnie / nie mogłam wybiec z pokoju i na widok rany, zwaliłam się na podłogę z hukiem!
Babcia jeszcze żyła do lutego...7 lutego odeszła. Ręka trzymała się już tylko na skórze. Nie pojechałam na pogrzeb, rodzice pojechali z moim braciszkiem. Brat mial 4 latka, i w grudniu, w tym samym roku odeszła mamusia, miała tylko 36 lat! Też rak....
I tak mamy, ja po operacji, po usunięciu płuca / rak/ siostra moja na twarzy...siedzi w domu...braciszek po ciężkiej operacji serca...już nic nie jest jak dawniej.
Joasiu, jak nie jest to zbyt smutne...
Helenko, dzięki kochana za wsparcie!

Joanna49W.
05-01-2014, 10:58
Boże!!!!!! Ninko - Wszyscy Twoi bliscy umierali na raka.
Cudowna opowieść. Nie pogardzę dalszym ciągiem.
Pozdrawiam i ściskam za wspomnienia.
Joanna.

Joanna49W.
06-01-2014, 12:51
Matka mojej mamy to moja babcia.Najukochańsza osoba mojego życia.Mieszkała od nas daleko jak na tamte czasy.Przechodziła 9-10 km pieszo.Gdy zobaczyliśmy na drodze idącą babcie z okrzykiem radości wpadaliśmy jej w ramiona.Zawsze coś nam przyniosła.Bułeczki dzieliła na pół,cukierki dostaliśmy po jednym. Była to radość niezapomniana.Pamiętam usiadła w kuchni na twardym krześle i z mamą długo rozmawiali.Cała nasza trójka siedziała babci na kolanach tuląc się do niej.Nie pamiętam gdzie w tym czasie przebywała moja najmłodsza siostra.Ona chyba jeszcze była niemowlakiem i leżała w łóżeczku wiklinowym.Łóżeczko to miało opalone jedną nogę i krawężnik.
Gdy byłam starsza słyszałam jak mama opowiadała sąsiadce jak to ja wznieciłam ogień pod łóżeczkiem z moją najmłodszą siostrą
Było zimno i mama mówiła że musi zrobić ogień bo zimno jest naszej małej Irence .Podpaliłam łóżeczko.Dobrze że mama była w pobliżu i ugasiła ogień.Chciałam zadbać o nią.
Babcia coraz rzadziej nas odwiedzała.Słyszałam od mamy jak rozmawiała z tatą o chorobie babci.Robiło mnie się jakoś smutno gdy pod słyszałam rodziców rozmowę.Właściwie nie widziałam co się dzieje..Choć rozumiałam słowo śmierć.Często w niedzielę po mszy św.rodzice zabierali nas bryczką i jechaliśmy w odwiedziny do babci.Chyba już wtedy była bardzo chora,mama nie była zbyt rozmowna,wydawało mnie się że wyjątkowo posmutniała.
Mamę widziałam często zapłakaną,gdy się do nie zbliżałam ocierała łzy ukradkiem abyśmy my dzieci nie widziały co ją martwi.
Z początkiem listopada 1960r.umiera babcia.Tato uprzągł konie i pojechaliśmy do zmarłej babci. Leżała w trumnie na środku pokoju.Miała na sobie czarną sukienkę a w koło nie herbaciany kolor chryzantemów.Do dziś pamiętam ten kolor.W pokoju pachniało też tymi kwiatami.Mama przytuliła się do swojej matki i strasznie płakała.Ja nie wytrzymałam tego widoku i też się rozryczałam.Wszyscy wtedy płakali.
Wróciliśmy do domu.Całą noc nie spałam a nawet gorączkowałam.Mama nie wiedziała co ma mnie podać aby mnie uspokoić.
Potem był pogrzeb babci znowu przeżyłam koszmar.
Życie powoli wracało do normy.
Tylko ten zapach chryzantem do dziś mam w pamięci i przypomina obraz babci.
Joanna

barteczek
06-01-2014, 13:11
Witaj Joasiu. Przeczytałam i popłakałam się. Wiem, to normalne odczucie na ludzką krzywdę..a Ty miałaś straszną traumę ...przytulam Cię.

Napomknęłaś na ogrzewanie.....też miałam taki pomysł. Byłam z mamusią i młodszą siostrą Marysią u babci, to był chyba okres wojny, bo pamiętam tatkę, był w domu / w stodole siedział/ kilka dni...potem urodziła się Marysia..mamusia i domownicy kopali ziemniaki a nas, czyli mnie i siostrzyczkę zamknęli na kłódkę w domu...coś musiało się dziać wcześniej, tego nie pamiętam, ale wzięłam naftę, wytarłam wszystko w domu tak jak u sąsiadki babci robili i byłam pewna,że trzeba to spalić w piecu / szmatę nasącząną naftą/ oczywiście, nakładłam jakiegoś chrustu, drew i tą szmatę...szukałam zapałek, nie mogłam dosięgnąć bo leżały wysoko na okapie/chyba tak to nazywali/ wzięłam stołek, wspięłam się na palce i już je miałam, bo czymś strąciłam na podłogę....w tym momencie usłyszałam zgrzyt klucza w kłódce i weszła mamusia...na szczęście...dowiedziałam się wtedy, że spaliłabym dom, siebie i siostrę....od tamtej pory pamiętałam, że nafta to łatwopalny płyn!
Pozdrawiam!
Drugim razem napiszę jak robiłam rodzicom obiad...miałam sześć lat!

Joanna49W.
06-01-2014, 18:44
Dziękuję Ci Ninko za Twoją czułość w moją stronę.
Jak dobrze że możemy sobie powspominać tę dziecięce lata.Nie piszę po to abyś się rozpłakała. To są tylko wspomnienia.Wiem że cała Polska po 2-giej wojnie światowej żyła w trudnych warunkach i w biedzie.
A ta nafta też u nas stała na okapie!.
Piękne masz wspomnienia!!
Odwzajemniam Ci przytulenie!!!!Czekam na dalszy ciąg,jak ten obiad gotowałaś?
Pozdrawiam Joanna.

Joanna49W.
11-01-2014, 19:44
Gdy już poszłam do szkoły podstawowej a zaczynaliśmy wtedy w wieku 7 lat a nie jak dziś 5.
Musieliśmy pracować jak dorośli.Siostra jako najstarsza musiała pracować w konie jako 8-latka. W wieku 9 lat też dostałam lejce do ręki.Była jesień, tato założył mnie konie do pługa i orałam pole.Tato orał dwuskibowcem tak się nazywał pług z dwoma skibami.Ja orałam jedną skibą.Początkowo mnie to nie wychodziło ale potem się wprawiłam.Nie była to ciężka praca bo przecież konie ciągły sprzęt a ja musiałam tylko kierować nim. Nawet mnie się to podobało..Patrzałam jak ziemia się przewraca i pięknie układa się struktura całego zagonu. Potem było bronowanie,ale już dla mnie nie zbyt ciekawe.
Pora żniwna
Najgorszy okres na wsi dla nas dzieci rolników.W wieku 9 lat szłam z mamą i najstarszą siostrą wiązać snopy.Tato kosił zboże maszyną końmi na pojedyncze kopy. Mama nauczyła nas wiązać zboże.Strasznie po tym wiązaniu bolały ręce.Żar z nieba dawał się we znaki a trzeba było pracować.Nie było wtedy oprysków na chwasty, więc było ich wszędzie pełno.Najgorsze były kłujące osty.Po takiej kilkudniowej pracy ręce były opuchnięte i niekiedy tworzyły się ropnie. Mama wykuwała nam z rąk pozostawione pod skórą ostre ciernie.
Potem było stawianie tzw."kopy". Zbiór z pola wozami to już nas dzieci nie dotyczył.Ale stanie na tzw."babie"to już mój zawód.Stałam na samym środku sterty zbożowej i musiałam taty dorzucać snopy.Po zbiorach był luz. Bydło pasło się po całym obszarze zebranego zboża.Wtedy odpoczywałam przy bydle jak w prawdziwe wakacje.Tylko pilnując stada ,aby nie weszły za miedzę.Bo to sąsiada.
C.d. n.
Joanna

barteczek
11-01-2014, 20:47
Obiecana opowieść Joasiu.
Nie pamiętam gdzie rodzice musieli pojechać, pewnie do Katowic, zabrali Marysię, zostałam sama i czułam się odpowiedzialna za wszystko. Dwa razy zaglądała sąsiadka z parteru, widziała, że jest dobrze, zajęła się pewnie własnymi sprawami, ja doszłam do wniosku, że muszę ugościć rodziców obiadem. Zajęłam się robieniem makaronu. Bóg mi światkiem, to było bardzo trudne zajęcie. Gniotłam mąkę z jajkami, z wodą, a to wciąż było twarde. Jakoś rozwałkowałam, pokroiłam....i włożyłam wszystko do garnka, z kranu nalałam wody i wciągnęłam na gorącą płytę..a co? Przecież mamusia musiała mieć obiad! Robił się krochmal, mieszałam ile sił, a to nie wyglądało tak jak mamusi. Ugotowało się, nawet przypaliło!
Bardzo rodzice mi dziękowali za obiad, ale prosili - nigdy więcej córciu nie gotuj! -
Najwięcej wspomnień mam z czasu przebywania u babci za Lublinem.
Pozdrawiam Joasiu!

Joanna49W.
12-01-2014, 12:24
Dzięki Ci Ninko za dobry obiadek!! Tylko bardzo mnie dziwi że przy tym gotowaniu się nie poparzyłaś.Ja też robiłam makaron,tylko z tą różnicą że ciasto gniotłam nie na stolnicy tylko na stole.Cały stół i posadzka były w cieście i mące.Dalszego ciągu nie pamiętam.
Pisz Ninko jaka myśl Ci się nasunie z lat dziecięcych.
Pozdrawiam.Joanna

Joanna49W.
01-02-2014, 15:33
Jedno z licznych wspomnień.
Sianokosy rozpoczynały się z początkiem wakacji.Wtedy byliśmy wszyscy w domu i tato mógł nas zabrać do pracy na łące. Łąka była daleko od domu.Około 20 lub więcej kilometrów.Skąd łąki rolnicze nad rzeką Noteć, były przydzielane rolnikom tego nie pamiętam.
Na podróż mama pakowała nam prowiant.Chleb pieczony przez mamę,masło no i wędlina z domowej skrytki.Często były jajka gotowane ,aby się przy upałach nie popsuły.Do picia była kawa zbożowa gorzka po to aby się nie chciało pić. Cukier dostawaliśmy tylko raz w tygodniu - w niedzielę. Wszystko było zapakowane na drabiniasty wóz które ciągły konie. Wiedzieliśmy już że rano wyjeżdżamy a wracamy w nocy.Dzień był zawsze rozdysponowany do pracy a noc do powrotu.
Lubiłam wycieczki na łąkę końmi.Tylko się siedziało i można było obserwować krajobrazy.Gorsza była praca na łące.Każdy dostał grabie i ręcznie grabiliśmy.W ciągu dnia była przerwa na posiłek.(lunch). Uwielbiałam siedzieć na stercie siana i spożywać posiłek przygotowany przez mamę.Rosły tam tylko krzewy więc siedzieliśmy w cieniu po ciężkiej pracy w upalny dzień.
Wieczorem było układanie siana na wozie i przywiązanie grubą liną po to aby nie zgubić po trasie.
Pamiętam ten jeden powrót do domu.Robiło się ciemno gdy wyjeżdżaliśmy z łąki a na horyzoncie pojawiła się mgła.Byłam już głodna,po południowym posiłku.Rozumiałam że do domu daleko. Dojechaliśmy do najbliższej wioski ok 4 km.Tato zszedł z wozu i poszedł zapłacić panu który robił usługę koszenia trawy.Wracając oznajmił że do domu nie wracamy. Prześpimy się i wracamy na łąkę. Dobroduszna gospodyni u której mieliśmy nocować podała nam kolację.Było dostatnio chleba ,masło, powidła i zupa mleczna, którą do dziś lubię. Nie tylko się najadłam ale objadłam. Po kolacji zabraliśmy nasze koce podróżne a pan gospodarz zaprowadził nas do stodoły spać na siano. Przytuliłam się do siostry i brata bo bałam się szczura.Sianko pachniało i było by bardzo przyjemnie gdyby nie kościelne dzwony.Głos dzwonu słyszałam co pół godziny,przerywał mi sen. Na rano pani gospodyni znowu postawiła śniadanie,ale już tato mnie ostrzegł abym sobie nie pozwalała na rarytasy.Albo powidła do chleba albo masło i to tylko cieniutko posmarować.Tak też uczyniłam,i głodna nie byłam.Po śniadaniu wracamy na łąkę. Dalej pamięcią nie sięgam.
Po latach gdy wspominam tę noc poza domem, zadaję sobie pytanie, co czuła moja mama gdy nie wróciliśmy do domu na noc. Telefonów jeszcze nie było.
Dziś świat jest inny.Dzieci nie muszą pracować na gospodarstwie.Patrząc z perspektywy czasu na wiejskie życie, to wydaje mnie się że jest bogato na wsi.Przynajmniej widać dobrobyt w zagrodach.
Zadaje sobie tylko jedno pytanie : czy moje wnuki będą mieć wspomnienia z lat dziecięcych?.
Pozdrawiam.Joanna