menu

senior.pl - aktywni w każdym wieku

Wróć   Klub Senior Cafe
Zarejestruj się FAQ / Pomoc Szukaj Dzisiejsze Posty Oznacz Fora Jako Przeczytane

Zdjęcie użytkownika Wilhelmina /></div><div align= 
Awatar użytkownika WilhelminaWilhelmina
O mnie
Imię
Urszula Malicka
Urodziny
18 Maj 1951
Płeć
Kobieta
Stan cywilny
Małżeństwo
Miasto
Kraków
Album
Zdjęcie Szczegóły
Rozmiar: 81.59 KB
Data: 04-03-2007
Odsłon: 1313
Komentarze: 3
Brak informacji kontaktowych.
Forum
Data dołączenia: 06-01-2007
Wszystkich postów: 2,190 (0.46 postów na dzień)
Liczba postów usuniętych przez moderatora/administrację: 5
Szybkie komentarze
18-05-2017 08:45
Awatar użytkownika Alsko

Urodzinowo



Gdzie Cię wcięło, Kobito-skrzacie?
17-04-2014 12:47
Awatar użytkownika inka-ni

Dla Ciebie.

22-12-2013 16:02
Awatar użytkownika czarnulka

zyczy czarnulka
19-12-2013 23:46
Awatar użytkownika Anielka

Uleńko zdrowia ,radosci i spokoju życzę

21-10-2013 12:47
Awatar użytkownika Anielka

Uleńko,imieninowo Cię ściskam,zdrowia ,radości oraz spełnienia marzeń życzę

18-05-2013 19:05
Awatar użytkownika Sanna

Witam,nie wiem czy mnie jeszcze pamiętasz,kiedyś poleciłaś mi piękną roślinkę ,kupiłam ale bardzo długo nie kwitła w tym roku zakwitła więc ją prezentuję i pięknie dziękuję.
Szkoda tylko że nie ma ciemniejszych kwiatków.
Przesyłam pozdrowienia i buziaczki
18-05-2013 10:47
Awatar użytkownika jolita

Z okazji Urodzin
18-05-2013 09:59
Awatar użytkownika Hela1056



[B]Wszystkiego najlepszego z oakzji urodzin[/b]
Ostatnie wpisy do bloga
20-05-2007



Może się trochę spóżniłam
może zabrakło mi szczęścia
może złe czasy wybrałam
i dla mnie nie ma tu miejsca?
Może w tej ślepej loterii
losy pechowe zostały
może, co lepsze, już dawno
między szczęściarzy rozdałeś?

Może przez wszystkie te lata
biegnąc po słodkie zwycięstwa
miałam zbyt wiele rozsądku
może zbyt mało szaleństwa?
Może sięgałam po szczęście
pełna nadziei i wiary
może zbyt często z pokorą
może zbyt rzadko z łokciami?

Wiem, nic mi nie obiecywałeś
nie łudziłeś, że mi będzie jak za piecem
jednak proszę, pomyśl o mnie czasem
i choć czasem miej mnie w swej opiece
i daj....

Trochę nadziei na nadzieję
nieba okruszek wysokiego
trochę kolorów na jesieni
chleba, lecz niezbyt powszedniego

Maskę z kamienia na pogardę
jasny parasol na zwątpienie
i choć troszeczkę daj miłości
której podobno masz tak wiele

Może się trochę spóżniłam
może marzyłam zbyt wiele?
Kiedy spoglądam za siebie
wszystko to nie tak być miało
Nie myśl, że zal mam do Ciebie,
że łzy są moją modlitwą
nie, nie zazdroszczę szczęściarzom
tylko jest czasem tak przykro

W zimne, samotne wieczory
nieraz myśl taka kołacze,
że mnie wśród innych wybrałeś,
ale troszeczkę inaczej
Życie, na przekór, wciąż sprzyja
głupcom, szaleńcom i graczom,
a ja tak wciąż niecierpliwie
czekam, by wreszcie je zacząć

Wiem, nic mi nie obiecywałeś
nie łudziłeś, że mi będzie jak za piecem
jednak proszę, pomyśl o mnie czasem
i choć czasem miej mnie w swej opiece
i daj...

Trochę nadziei na nadzieję
nieba okruszek wysokiego
trochę kolorów na jesieni
chleba, lecz niezbyt powszedniego

Trochę nadziei na nadzieję
i garść niemądrych, smiesznych złudzeń
i daj mi więcej wiary w Ciebie
zanim do końca się pogubię.

Wiersz (również piosenka), krakowskiego poety, autora tekstów piosenek, prozaika i dziennikarza Jerzego Andrzeja Masłowskiego.

10-05-2007



Po raz pierwszy pojechałam na kolonię po ukończeniu drugiej klasy szkoły podstawowej.
Były to kolonie w Rabce Zarytym, organizowane przez zakład pracy mojej Mamy, czyli MHD. Przedsiębiorstwo posiadało duży dom wczasowy, który przez dwa letnie miesiące służył jako budynek kolonijny, a zimą przez dwa tygodnie odbywało się w nim zimowisko. Lipiec był miesiącem rezerwowanym zawsze dla dziewcząt. Gmaszysko umiejscowione było u stóp góry Luboń, w sporej odległości od głównej drogi i niestety nie było do niego dojazdu samochodowego. Zakwaterowanie w nim wymagało więc sporego wysiłku, zwłaszcza dla młodszych dzieci. Wlokły swe ogromne walizki od autobusu, często ciągnąc je po ziemi, spocone, czerwone, prawie spłakane. "Górka" była sporawa, a za kępą krzewów, niewidoczna dla oka, następna niespodzianka. Schody. Duuużo schodów. Wreszcie po osiagnięciu ostatniego stopnia, oczom ukazywała się szara bryła budynku i plac apelowy. Gdy wszyscy wyspinali się już na ta naszą Golgotę, odbywała się pierwsza zbiórka. Wyczytywanie grupy, wychowawczyni, pokoju.
Pokoje były 4-5 osobowe, wyposażone jedynie w łóżka i nakastliki. Właściwie rzeczy trzymało się w walizce pod łóżkiem. Łóżko musiało być idealnie równo zasłane jak w wojsku. Jak się coś nie spodobało "kontroli", z łożka robiono pilota i biedna delikwentka dopiero miała roboty.
Dziwny był to dom. Nie było w nim doprowadzonej wody. To znaczy, woda doprowadzona była do kuchni, łażni i umywalni. W toaletach, które były na każdym piętrze, wodę spuszczało się konewką. Jeśli brakło, któraś ze starszych dziewcząt w przypływie dobrej woli przynosiła wodę z beczkowozu. Kuchnia też nieraz korzystała z beczkowozu, bo gdy była pogoda, woda na nasze wzgórze nie docierała. Rzadko odbywała się kąpiel, a jeśli już, to grupa 20 dziewcząt pod sześcioma prysznicami, załatwiała ablucje w tempie godnym wojskowej musztry. Czekała przecież następna grupa, a wody mogło zabraknąć. Och, nie byłyśmy wcale brudne. Codziennie rano, po pobudce, deszcz nie deszcz, grupami, wędrowałyśmy do strumienia w lesie. Każda grupa miała swoje miejsce. Tam myłyśmy się w lodowatej górskiej wodzie, znajdując jeszcze czas na złapanie salamandry, lub "wyslizganie" serca z kamyczka mydlanego.
Po umyciu, powrocie do budynku i rozwieszeniu mokrych ręczników na poręczach łóżek, przychodził czas na śniadanie. Zawsze była zupa mleczna, potem pajdy chleba z białym serem lub dżemem i kawa zbżowa. W niedzielę nie było zupy, a do chleba była jajecznica i wędlina. Po śniadaniu, kuchnia wydawała drugie na które przeważnie był chleb z żółtym serem, czasem z pastą jajową, lub jajko na twardo. Czasem dodawano jabłko lub parę śliwek. Z wałówką, grupami, wyruszaliśmy w "świat". Najciekawszy był zawsze wyjazd starą kolejką do Rabki. W miasteczku było tyle dziwnych rzeczy. Najciekawsze były kramy i sklepiki z pamiątkami, pełne szarotek, ciupag, góralskich domków i innych dziś już dla mnie bardzo niegustownych rupieci. Wtedy były bardzo pożądane. Wspaniałym miejscem był sklep na deptaku z wyrobami wedlowskmi "Jaś i Małgosia". Czekoladą pachniało z niego na odległośc kilkunastu metrów, tylko pieniędzy na te smakowitości brakowało, ale zawsze jakiś tam baton, czy pyszne sługusy w długaśnej kolejce wystało się. Obowiązkowe było zaopatrzenie się w kartki i znaczki, bo były to czasy, gdy należało wysyłać kartki do bliskich, a także do Pani ze szkoły.
Biegało się więc od straganu do straganu, od kiosku do kiosku, a czas biegł tak szybko, że chwila, moment i nadchodził czas zbiórki i powrotu do budynku. Trasę powrotną, te sześć kilometrów, pokonywaliśmy już na piechotę, śpiewając tak głośno, że krowy na łąkach stawały z otwartymi pyskami. Najgorsze, jak zwykle, było wyjście w południowym słońcu na tą naszą cudowna górę. Gdy już pokonało się ostatni stopień schodów, na placu apelowym, z kotłem ustawionym na ławce, stał pan intendent i w kubkach rozdawał tak bardzo pożądaną herbatę lub wodę ze sokiem.
Wyjazdy do Rabki były dwa, trzy razy w turnusie. W pozostałe dni, w zależności od pogody, chodziłyśmy nad Rabę lub do lasu. Nad rzeką kąpałyśmy się, budowałyśmy tamy, rękoma łapałyśmy karpie i szukały pod zwisajacą łoziną kryjówek raków. Opalałyśmy się, puszczałyśmy kaczki, prały jakieś swoje ciuchy, uczyły się piosenek i ...gadały, gadały, gadały. W chłodniejsze dni robiłyśmy wycieczki do okolicznych miejscowości lub do lasu. W lesie było wspaniale. Zapach nagrzanego słońcem igliwia i żywicy, smak przejrzałych słońcem poziomek i borówek, ręce lepkie od szyszek rzucanych do celu. Lenistwo. Snucie opowieści przez wychowawczynię o wojnie, przedwojennym harcerstwie, swoim pierwszym balu. Były też dni, gdy na leśnej polanie w tajemnicy przed innymi grupami, przygotowywałyśmy występ naszej grupy na ognisko pożegnalne. To tutaj nauczyłam się takich piosenek jak:"Kolonijne tango", "Żegnaj kolonio kochana", "Tak niedawno żeśmy się poznali" i wiele, wiele innych, które na zawsze zostaną ze mną.
Miłym i pełnym emocji urozmaiceniem były zabawy. Sześciokrotnie byłam na tych koloniach, ale tylko raz zabawa odbyła sie w naszym budynku. Zawsze, to my dziewczęta, byłyśmy zapraszane do chłopców. Jako dwunastolatka, przeżyłam właśnie na kolonijnej zabawie pierwsze dziewczęce zauroczenie. Chłopiec był szesnastoletnim,"dorosłym", przystojnym brunetem i przewodniczącym swojej kolonii. Ależ byłam dumna, że tańczył tylko ze mną!
Miałysmy też różne emocje, jak np.niedzielne wyjście na mszę. Były to czasy, gdy wychowawca pozwalał po śniadaniu iść do kościólka, ale oczywiście, było to niby wyjście samowolne. Jeden raz podczas turnusu, firmowy autobus przywoził rodziców. Przyjazd był oczekiwany z bardzo prozaicznych względów. Przez parę dni było sporo słodyczy, owoców, no i zawsze wyprosiło się jakąś dodatkową gotówkę. Tu pamiętam śmieszną rzecz. Moja rewelacyjna Mama przytargała olbrzymiego arbuza. Oczywiście, kazała się podzielić. Arbuz wtedy był dość rzadkim owocem i to jeszcze na kolonii, więc chętna była cała grupa, no i panie w kuchni do której poszłyśmy pokroić to cudo, też chciały spróbować. W efekcie każda dostała mały cieńki kawałeczek, a zjadłoby się po całym arbuzie.
Były też emocje związane z kradzieżą kolonijnego sztandaru. Trzeba było go wykupić od chłopców i poszedł na ten wykup tygodniowy przydział owoców. Zemsta była słodka, bo gdy my ukradłyśmy, to wysprzątali i wymalowali elementy drewniane na naszym placu apelowym. Nadchodziła w końcu zielona noc. Niejedna zmorzona czuwaniem, budziła się rano wysmarowana pastą do zębów, a tu pośpiech, pakowanie, wymenianie adresów, pożegnania... Za rok... Za rok... Spotkamy się znowu za rok.
Nadszedł czas gdy po latach wróciłam w te miejsca. Upłynęło szesnascie lat. Byłam już dorosłą kobietą i matką dwójki dzieci. W moim małżeństwie działo się źle i mąż wymyślił sobie, że w ramach swojej pokuty i wykazania dobrej woli, zawiezie mnie do miejsc w których, jak wiedział, zostało kawałek mojego serca.
Pojechaliśmy. Sami. Budynek kolonijny tamtego lata nie był już wykorzystywany. Stał niemy i smutny. Strumień w którym setka dziewcząt co rano zmywała sen, jakby zmalał, zarósł, wyciszył szemranie. Zmienił się też las. Więcej krzewów? Paproci? Znikły krzaczki borówek. Nie znalazłam ani jednej poziomki. Poszliśmy nad Rabę. Płynęła leniwa, szara, bura woda, z kożuchami glonów i rzęsy pod nawisłymi gałęziami łoziny. Słabo było widać błyski kamieni wśród nurtu i nie wypatrzyłam ani jednego karpia. Tylko na drodze do rzeki, leżał niezmiennie, olbrzymi, częściowo spruchniały pień powalonego drzewa. Nic nie pozostało z tamtych rozśpiewanych, radosnych lat. Wszystko zmieniło się. Zszarzało, zmalało, wyciszyło. Znikało. Wolałabym tego nie widzieć.
Tamtego letniego dnia, odbyliśmy z mężem przy starym pniu rozmowę. Powstrzymała moje decyzje. Na parę lat. Lecz nie raz w myślach parafrazowałam znaną piosenkę... Więc może byśmy tak najmilszy, wpadli na dzień do Zarytego, może tam jeszcze pośród ciszy, odnajdę wiarę serca mego. Może mi jeszcze raz przysięgniesz, może ja jeszcze raz uwierzę... A ty mi nic nie odpowiadasz i jesz zielone winogrona...



15-04-2007

Zbliża sie gorący okres komunijny. Z prawa i lewa słucham dyskusji co, gdzie, jakie i za ile. Czasem wydaje mi się to aż niesmaczne. Samochód dla dziecka na Pierwszą Komunię? Kino domowe od dziadków? Żądania rodziców, że ma się dać 2.000,-, bo dziecię marzy o najnowocześniejszym komputerze? Przyjęcie w renomowanej restauracji, wstyd bo w trochę tańszej? Czasem wydaje mi się, że to świat oszalał w pogoni za mamoną, że nie serce, nie człowiek liczy się, tylko ta cholerna mamona. Niby to biedny kraj, niby ludzie korzystają na prawo i lewo z pomocy społecznej, wyjeżdżają "za chlebem", padają na polach buraków we Włoszech i Francij itp. Gdzie leży prawda i gdzie jest honor tych ludzi, którzy zaprzedaja duszę za tych kilka marnych dóbr?
Te rozmowy doprowadziły mnie do wspomnień z mojego dzieciństwa. Do czasów archaicznych - mojej Pierwszej Komunii Świętej. Nie chodzi mi o sam fakt przyjęcia sakramentu, tylko o tą całą otoczkę wokół.
No więc tak... Sakrament przyjęty. Msza zakończona. Księża udostępnili dzieciom i rodzinom ogrody w których byliśmy po raz pierwszy i w większości przypadków po raz ostatni. Zamknięte rewiry. Tam wsród kwiatów składano dzieciom życzenia, dawano jakieś drobne prezenty, poprawiano włosy czy suknie. Po chwili, ksiądz zaprosił wszystkie dzieci na śniadanie. Przy długich stołach nakrytych śnieżnobiałymi obrusami, przygotowano po kubku kakao, bułce z grubo nałożoną szynką i ciastku. Ja nie byłam żądna tej szynki, ale to śniadanie w gronie koleżanek z kochanym przez nas katechetą u boku, smakowało mi jak nigdy i czułam, do dziś to pamiętam, nastrój wspólnoty i tej wielkiej chwili.
W prezencie dostałam od chrzestnej obrazek z Matą Boską w ślicznej ramce, a od chrzestnego ryngraf srebrny z wygrawerowana data i podpisem. Od rodziców i babci dostałam maleńki złoty zegarek. Cacko, stare i drogie. Obrazek mam do dzisiaj. Ryngraf przepadł przy przeprowadzce, a zegarek Mama sprzedała w trakcie choroby Ojca. I tak należało zrobić!
Co stało się z ludżmi przez to niecałe półwiecze, że w kraju który mieni się katolickim, nie wiara, nie Bóg, nie sakrament, tylko liczą się pieniądze. Dużo, dużo, bardzo dużo! Żeby sąsiedzi widzieli, żeby inne dzieci zazdrościły, żeby być za wszelką cenę "lepszym".
Smutne. Owadziejemy, jak mówiła Jasnorzewska- Pawlikowska. Owady przecież nie mają rozumu. Baaardzo smutne.
A może to ja, powinnam zabrać manatki i odejść. Coraz częściej stwierdzam, że nie pasuję do tego"dziwnego świata". Ot, zbędny relikt przeszłości.

09-04-2007

Mieszkałam i chodzilam do szkoły w jednej z najstarszych dzielnic Krakowa. Kamienice były tu różne, niskie i wysokie, ale najczęściej z odpadającym ze starości i zaniedbania tynkiem, oraz podwórkami przepastnymi jak studnie, na których rzadko kiedy uchował się jakiś rachityczny krzaczek. Ale szkoła... Szkoła była piękna. Olbrzymi poaustryjacki gmach z przestronnymi korytarzami na których śmiało można było jeździć rowerem, kręcąc ósemki. Szkoła ta była podzielona na dwie części, każdą z oddzielnym wejściem, dyrektorem i gronem nauczycielskim. Jedna była dla chłopców, druga dla dziewcząt. Klasy były bardzo duże z przepastnymi szafami na butle z atramentem, zapasowe pudła białej i kolorowej kredy, jakichś bibułek, kartonów i... zeszytów z dyktandami. W tej szkole z kazdego rocznika (a chodziło się wtedy 7 lat do podst.) były tylko cztery klasy A, B, C i D, a w kazdej klasie uczyło się około 32 - 35 uczennic. Mieściły się w tym przepastnym gmachu różniste gabinety - fizyczny, chemiczny, geograficzny, polonistyczny, i do prac ręcznych. Była przestronna sala gimnastyczna, biblioteka i sala muzyczna z prawdziwym fortepianem i mnóstwem innych instrumentów. Nikt tu nie nosił z domu np. cymbałków, one były, a stroiciel fortepianu przy okazji poprawiał brzmienie i innych instrumentów. Naprawdę ta szkoła była wspaniała i zadbana. Prawdziwa szkoła. Gdy dzisiaj przekraczam progi nowoczesnej szkoły, przygniatają mnie ciasne, niskie korytarze na których wrzask i tupot jest tak ogłuszający, że momentalnie wzbiera we mnie agresja i chęć ucieczki. Nie ma w tych szkołach atmosfery nauki, ani atmosfery wychowania.
W tamtej, "mojej" szkole naukę zaczynało się od mozolnego pisania najpierw ołówkiem, a potem, potem piórem, kółeczek, laseczek i brzuszków. Nazywało się to kaligrafią. Pamiętam ile hektolitrów łez wylałam nim tatko uznał, ze kółeczko jest odpowiednio okrągłe, a literka "k" nie przypomina węzełka. Dziś nie narzekam. Mam ładne, wyraźne pismo.
Do szkoły wszyscy, obowiązkowo musieliśmy chodzić w chałatach z białym kołnierzykiem i z tarczą przyszytą do rękawa. Tutaj moja Mama wykazała się pomysłowością. Chałat miałam uszyty z dobrego materiału, abym nie musiała go codziennie prasować, ale kołnierzyk był nie jak u innych na guziczki, tylko przyszywany. Toż to było dopiero moje utrapienie! Codziennie odpruwałam nieświeży kołnierzyk i przyszywałam czysty. Nie mama, nie babcia. To był mój obowiązek. Pranie tych kołnierzyków, skarpetek, patentek jak i niewymownych także należało do mnie. No i niechbym spróbowała zapomnieć!
W szkole panował zwyczaj, że klasy wychodziły na przerwie na korytarze i tam pod okiem dyżurnych nauczycieli odpoczywały, natomiast w klasie zostawali dyżurni, którzy wietrzyli klasę, przygotowywali tablicę, czyste gabki i inne potrzebne akcesoria. Był miły zwyczaj robienia gazetek ściennych z różnych okazji np. zimy, wycieczki do Warszawy, czy szlakiem obozów koncentracyjnych. Do dziś pamiętam kilogramy waty i kleju, zużyte na wspaniałą gazetkę o zimie, gdzie puchate bałwanki rywalizowały o lepsze z zaspami śniegu, chmurami i pomponami na czapkach narciarzy. Mieliśmy też kółko teatralne, przygotowujące pod czujnym okiem polonistki, inscenizacje ku..., lub jasełka, czy jakieś inne dla nas wówczas ciekawe baśnie.
Na początku kazdego nowego roku szkolnego, klasa planowała wycieczki 3-4 dniowe i tzw majówki. Ależ to byla frajda. Dla wszystkich. Uczniów których nie było stać, cicho i bez zbędnego rozgłosu finansował komitet klasowy, czasem przy pomocy szkolnego. Obowiązywała zasada równości. Obowiązywała też pomoc w nauce. Dziewczynki uczące się dobrze, miały obowiązek pomocy oddanej im "pod opiekę" słabszej uczennicy. Obie na tym korzystały, ucząc się współżycia społecznego, odpowiedzialności, często nawiązując długoletnie przyjaźnie. Obie też narażały się na smutne konsekwencje, jesli wyłamywały się z tego wymogu.
Panie nauczycielki wspominam jako osoby wymagające, ale pełne dla nas sympatii i czułości. Nieraz widywało się nauczycielkę pocieszającą małą beksę, wiedziałyśmy też o interwencjach w domu, jeśli w tym domu dziecko było źle traktowane. Jakoś nie mogę sobie uświadomić ani jednego aktu agresji z którejkolwiek ze stron. Nie bylo też rodziców biegających po szkole z kwiatkami czy pakunkami. Wstydziłyśmy się gdy matka była w szkole, bo to świadczyło o jakiejś dużej zawalance.
Byłyśmy przy tym całkiem normalnymi dzieciakami. Jeżdziłyśmy po poręczach, chociaż było to surowo zakazane, na teczkach po szkolnych korytarzach, poszła niejedna szyba, lekcje odpisywało się pokryjomu w szatni, czytało na lekcji pod ławką ksiażki. Była nawet szkolna afera z myszą. Stało się to w siódmej klasie przed zapowiedzianą klasówką z matmy. Jedna z koleżanek przyniosła w słoiku obwiazanym grubą ceratą , ze zrobionymi w niej dziurkami ,złapaną przez brata mysz. Rowno z hasłem: proszę przygotować kartki, myszka została wypuszczona.
Ależ się działo! Cała klasa, łącznie z panią wskoczyła na ławki i w krzyk. Pomoc, a jakże i to niejedna, nadeszła, ale karę dostałyśmy też słuszną, tymbardziej , że nikt nie powiedział kto to zrobił i kto wymyślił. Jako karę musiałyśmy zrobić przez niedzielę dwadzieścia zadań tekstowych i nie pojechałyśmy na majówkę.
Wspaniała była ta szkoła i naprawdę należała do najlepszych. Była na liście tzw. szkół wiodących, jako jedna z pięciu w województwie. Pociągało to za sobą wymierne korzyści. Były duże dotacje na pomoce naukowe, na szkolny komitet i można było nie zdawać egzaminu do szkoły średniej. Z tym, że przyjęcie bez egzaminu, było obwarowane faktem bycia przez min.trzy ostatnie lata szkolne w tzw."Złotej Księdze". Wpisywano tam uczennice, które miały świadectwa z góry na dół bardzo dobre. Dodatkowym atutem było to, że uczennicę nie obowiązywała wtedy rejonizacja, tylko składała bez egzaminu papiery nawet do najbardziej renomowanego w mieście liceum. Musiala zostać przyjęta.
Kochałam tą szkołę. Jej mury, koleżanki, nauczycieli. Szanowałam wysoką, szczupłą, kostyczną panią dyrektor, razem z innymi bałam się woźnej, która za byle co potrafiła przywalić miotłą czy szmatą. Nigdy i nigdzie już w póżniejszych latach nie doznałam takiej wspólnoty i przyjażni jak w tamtych trudnych i biednych latach pięćdziesiątych i początku lat sześćdziesiątych.

04-04-2007



Tęczowych pisanek,
Na stole pyszności,
Mokrego Dyngusa
I wspaniałych gości.
Niech to będzie czas uroczy.
Życzę miłej Wielkiej Nocy!

Wszystkim, znanym i nieznajomym, którym zechciało się zabłądzić na tego bloga, składam tą drogą najserdeczniejsze życzenia.

0 komentarzy
Akcja
Akcje dostępne są po zalogowaniu.
Oceń
Oceny dostępne są po zalogowaniu.
marianna Sąsiadujące profile Jobas


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:21.

 
Powered by: vBulletin Version 3.5.4
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.