menu

senior.pl - aktywni w każdym wieku

Wróć   Klub Senior Cafe
Zarejestruj się FAQ / Pomoc Szukaj Dzisiejsze Posty Oznacz Fora Jako Przeczytane

25-03-2018 11:40

O tym dowiedziałam się dziś z Przekroju:
Większość ssaków pozostaje zimą aktywna, choć dostępność pokarmu jest znacznie niższa, a dla niektórych nie ma go wcale. Rośliny zielne, trawy, liście – to wszystko znika. Pozostają suche resztki, kora i pędy drzew. Dlatego nawet te zwierzęta, które nie hibernują podczas mroźnych, ciemnych miesięcy gromadzą wcześniej pod skórą zapasy tłuszczu. „Mają różne strategie przetrwania najzimniejszej pory roku, Niektóre, np. żubry, mają grube futro i są dokarmiane. Inne, tak jak kuny leśne, próbują jednak oszczędzać energię, zmniejszają swoją aktywność czy migrują sezonowo jak łosie. W niezwykły sposób radzą sobie z zimą ryjówki, najmniejsze polskie ssaki. Wielkość powierzchni ich ciała w stosunku do ciężaru jest bardzo duża, przez co tracą dużo ciepła – żeby żyć, ryjówki potrzebują więc mnóstwo energii, czyli jedzenia. Zimą, kiedy ryjówkowej karmy: bezkręgowców, dżdżownic jest zdecydowanie mniej, nasze najmniejsze ssaki robią się… jeszcze mniejsze”.
Zjawisko to opisał założyciel białowieskiego instytutu prof. August Dehnel.

Zjawisko Dehnela polega więc na zimowym zmniejszaniu się ciała i narządów wewnętrznych ryjówki, w tym – co chyba najbardziej intrygujące – czaszki. Jak zauważył prof. Dehnel – u ryjówki aksamitnej czaszka zimą jest mniejsza o 15%, a ciężar mózgu zmniejsza się o 30%
Zjawisko Dehnela zostało też potwierdzone u innych gatunków, np. u łasic, których wydłużone ciało również sprzyja dużym stratom energii.
Ciekawa jestem co z ludźmi. Mnie w zimie też zawsze tłuszczu przybywa...
Ale może to jest lepsze wyjście niżby miało komórek szarych ubyć

07-01-2018 12:18

Agnieszka była już bardzo chora i świadoma kresu życia. Ten wiersz jest podsumowaniem jej postawy jako człowieka, niejako testamentem.

Jeżeli miłość jest

Na naszą słabość i biedę
niemotę serc i dusz
na to że nas nie zabiorą do lepszych gór i mórz
na czarnych myśli tłok
na oczy pełne łez
lekarstwem miłość bywa jeżeli miłość jest
jeżeli jest możliwa

na ludzką podłość i małość
na ostry boży chłód
na to ze nic się nie stało a zdarzyć miał się cud
na szary mysi strach
bliźniego wrogi gest
lekarstwem miłość bywa jeżeli miłość jest
jeżeli jest możliwa


tu kukły ludźmi się bawią tu igra z nami czas
tu wielkie młyny nas trawią i pył zostaje z nas
na to, że z pyłu pył i za początkiem kres
ratunkiem miłość bywa jeżeli miłość jest
jeżeli jest możliwa

na krajów nędzę i smutek, na okazałość państw
policję, kłamstwo, nudę, potęgę małych draństw
na nocny serca ból, że człowiek żył jak pies
ratunkiem miłość bywa jeżeli miłość jest
jeżeli miłość jest...

22-12-2017 09:34

Z calusieńkich świąt najbardziej lubiłam kolędy i tak mi już pozostało.

Do stołu zasiadała rodzina, zwykle sześć, siedem osób: dziadkowie, wujowie, moi rodzice i ja.
Zawsze były też obecne przy kolacji pies i kot.
Najpierw przystępowano do dzielenia się opłatkiem i życzeń. Potem szły potrawy:
podawano barszcz grzybowy, kaszę jaglaną ze śliwkami, ze trzy rodzaje pierogów,
kapustę z grochem, kluski z makiem.Ostatnią potrawą były pączki z kompotem z suszonych owoców.
Nie było ryb. Moja babka i mama nie znosiły ryb.

Wszyscy obżarci kolacją, rozleniwieni.... Raczono się herbatą i winem, rozmawiano,
nasłuchiwano skąd psy szczekają i kolędowano.
Babcia siadała pod piecem,gdzie było najcieplej i śpiewała stare pastorałki.
Niektóre z nich były bardzo śmieszne, jak to pasterze gubili dary i przewracali się w drodze do stajenki.
Przy ówczesnym stanie dróg wydawało się naturalne, ze ktoś nogę złamał
jak biegł z koźlęciem pod pachą.
Dziadek wychodził do stajni i obory z kolorowymi opłatkami dla zwierząt.
Po podzieleniu się opłatkiem z gospodarzem bydlęta przemawiały ludzkim głosem.
Rozmawiały sobie na różne tematy.
Dla dziadka najważniejsze było co powiedziała jego ulubiona klacz Baśka,
a ja próbowałam wyobrazić sobie, czy Baśka mówi głosem damskim,czy męskim.
Dziadek nigdy mi tego nie wyjaśnił.
Mówił nawet, że nie powinno się słuchać zwierzęcych rozmów, bo od tego można umrzeć.


Baśka była łagodna, stara, ulubiona i zasłużona.
Z Baśką wiąże się taka anegdota: Na wsi często uważano, że dziecko przynosi sobie imię.
Urodziłam się czwartego grudnia, na Barbary.
Powinnam więc nazywać się Basia, ale młodziutka wtedy kobyłka była tak ważna,
że uznano, iż dwie Baśki w domu to za dużo.


Po kolacji przychodzili kolędnicy...

08-12-2017 22:31

Od lat interesowało psychoterapeutów, dlaczego pewni ludzie bardziej niż inni tęsknią za miłością i za nic nie mogą jej znaleźć.
Im bardziej próbują, tym bardziej im nie wychodzi.
Im bardziej się angażują, tym bardziej beznadziejnych partnerów znajdują.
I wydaje się, że znaleźli odpowiedź:
Dziecko potrzebuje miłości rodzicielskiej, szczególnie macierzyńskiej. Im więcej jej dostanie w dzieciństwie, tym jest odporniejsze na późniejsze przeciwności losu. Jeśli jednak było mało kochane przez rodziców, nie tylko staje się słabe emocjonalnie, lecz również przez resztę życia nie może uwolnić się od tęsknoty za idealną miłością, która wszystko rozumie, wszystko akceptuje itd.
Ponieważ jednak taka miłość może się zdarzyć tylko między wymarzoną idealną matką a jej dzieckiem, nigdy czegoś takiego nie spotkają.
Pozostaną więc na resztę życia z niezaspokojonym deficytem emocjonalnym.

Na domiar złego, złośliwość relacji międzyludzkich sprawia, że tacy ludzie najczęściej wiążą się z partnerami podobnymi do własnych rodziców, czyli mało uczuciowymi, często gruboskórnymi, wykorzystującymi. Pragnąc więcej miłości niż inni, dostają jej mniej niż przeciętnie dostaje się w związku partnerskim. Innymi słowy, ludzie z deficytem miłości wyniesionym z dzieciństwa najczęściej powtarzają w swoich związkach partnerskich traumatyczne doświadczenia z rodzicami.
Nie każdy jest świadomy owego deficytu miłości rodzicielskiej, nie każdy potrafi przeanalizować obiektywnie stosunki rodzinne.
Na ogół rodziców się idealizuje, miłość do nich, a czasem wstyd przesłania samolubne postawy.
Jak poucza mądrość ludowa, biednemu zawsze wiatr w oczy...

( Na podstawie poradnika psychologicznego)

05-05-2017 08:55

Chyba jednak nie chciałabym wracać do epoki sprzed pół wieku. Ani do dzieciństwa na wsi ...
Moja młodość była trudna.

Byłam jedynaczką, niejadkiem, chudym patyczakiem. Jedynym dzieckiem w rodzinie.
Wszyscy: dziadkowie, dwóch braci mamy i rodzice z troską czuwali, abym przypadkiem nie była głodna.
Chuchali, dmuchali, prowadzili do lekarzy, zmuszali do jedzenia, gotowane było często to, co ja lubiłam...

Na tle przenno-buraczanej, rumianej wiejskiej dziatwy byłam wycacanym nieudacznikiem.

Lubiłam chodzić do szkoły i nie lubiłam wakacji, bo wiązały się z robotą w polu i obowiązkami w domu.
Na wsi nie było suteren, ale pamiętam Bytnarową chatę po sąsiedzku
( chyba kurna była), w której pachniało dymem i nie było podłogi tylko klepisko.
Pamiętam taki obrazek w kurnej:
gospodyni stawia na stół michę pelną tłuczonych ziemniaków okraszonych skwarkami,
kazdy z domowników ( była czwórka plus dorośli) dostaje łyżkę i kubek z siadłym mlekiem,
a ja stoję w progu tej izby
i tak bardzo pragnę aby ta gospodyni dała mi też łyżkę i bym mogła wiosłować z nimi...A jeść trzeba było tam szybko!

To był jedyny moment z dzieciństwa, kiedy odczulam głód i potem przyjemność jedzenia w gromadzie.

Strona 1 z 17:
 1 
 > 
Archiwum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:40.

 
Powered by: vBulletin Version 3.5.4
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
 

  X   Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.   X