Nazwa użytkownika jipO mnie Kraj Polska |
Województwo wielkopolskie |
Praca emeryt |
Moje zainteresowania fotograwia, zdrowie, uroda, sport Informacje kontaktowe Brak informacji kontaktowych. Album
|
Zdjęcie
|
Szczegóły
|
|
Rozmiar: 71.25 KB Data: 06-08-2009 Odsłon: 86 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 114.18 KB Data: 06-08-2009 Odsłon: 89 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 73.41 KB Data: 28-05-2009 Odsłon: 111 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 98.17 KB Data: 28-05-2009 Odsłon: 114 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 95.97 KB Data: 26-04-2009 Odsłon: 144 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 133.63 KB Data: 26-04-2009 Odsłon: 119 Komentarze: 0 |
|
Rozmiar: 179.15 KB Data: 26-04-2009 Odsłon: 121 Komentarze: 0 | | Forum Data dołączenia: 27-10-2008 Wszystkich postów: 4,078 (10.46 postów na dzień) Liczba postów usuniętych przez moderatora/administrację: 43 Ostatnie wpisy do bloga 26-01-2009 Dalszy ciąg opowieści Pani Kozłowskiej o Emilii Parczewskiej
Od 1914 roku pani Parczewska wystawiała swoje obrazy w Poznaniu w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych oraz w Grudziądzu i Bydgoszczy.
Po II wojnie światowej była członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków Okręgu Poznańskiego, brała udział w kilku wystawach malarstwa urządzanych przez Związek w Poznaniu ; m.i. w lipcu 1955r, w jesiennej wystawie indywidualnej w 1957roku, w salonach wiosennym i jesiennym 1959roku. Dużym sukcesem i jednocześnie wielkim przeżyciem dla pani Emilii była wystawa jej akwarel wspólnie z Józefem Krzyżańskim, urządzona przez Związek Polskich Artystów Plastyków i Centralne Biuro Wystaw Artystycznych 5.marca 1960 roku w Odwachu na Starym Rynku w Poznaniu. Na otwarciu wystawy zgromadziło się sporo publiczności. Był także efekt finansowy, bo władze miejskie zakupiły kilka obrazów pani Parczewskiej.
Jak , moja przedwojenna, trochę oficjalna znajomość z panią Emilią, przekształciła się, począwszy od końca lat czterdziestych – mimo znacznej różnicy wieku – w serdeczną przyjaźń. Pani Emilia regularnie około godziny szesnastej przychodziła do nas w każdą niedzielę. Interesowała się naszymi dziećmi, naszymi problemami i kłopotami rodzinnymi, których nam wówczas nie brakowało. Ciekawie opowiadała o dawnych czasach i przeżyciach, ale nigdy nie nadużywała tych tematów, co tak często zdarza się starszym ludziom, nużącym tym swoich słuchaczy. Rozmawiało się z nią łatwo i swobodnie. Umysł miała sprawny, jasny, krytyczny, interesowała się aktualnymi sprawami publicznymi, potrafiła dostosować się do rzeczywistości., która przecież skrajnie różniła się od tej, w jakiej przeżyła większą część swojego życia. Umiała na nią patrzeć z dystansu, czasem z leciutką ironią. Nigdy nie narzucała swoich poglądów, ale była bardzo logiczna i konsekwentna w ocenie ludzi, faktów i zdarzeń. Potrafiła zachować wspólny język z osobami o wiele od siebie młodszymi. Była wyrozumiała, łagodna, po prostu dobra i bardzo mądra, mądrością człowieka, który w życiu wiele widział i przeżył. Zawsze opanowana, bardzo taktowna, zawsze pogodna i zrównoważona dzielnie znosiła różne trudności i dolegliwości codziennego życia i zaawansowanego wieku. Nie pamiętam dosłownie ani razu, by była w złym humorze, zniecierpliwiona czy narzekająca. Zapamiętałam jej powiedzenie: „Jak ogromnie trudno jest godnie znosić starość”, ale zrozumiałam je dopiero teraz, gdy przybliżyłam się do jej wieku. Wiele razy w trudnych chwilach potrafiła mnie wesprzeć mądrą radą, dodać otuchy, podtrzymać nadzieję zmiany na lepsze. Bardzo mi jej brakowało, gdy odeszła na zawsze. Gdyby nie tragiczny wypadek tramwajowy – nie z jej winy – mogła żyć jeszcze ileś lat, bo mimo 84 lat była w dobrej formie psychofizycznej. Po wysokiej amputacji nogi wystąpiły komplikacje i 27 lutego 1962 roku w szpitalu im. Pawłowa /Przemienienia Pańskiego/ Emilia Parczewska zakończyła życie. Została pochowana na cmentarzu sołackim przy ul. Lutyckiej w Poznaniu.
Dorobek malarski Emilii Parczewskiej nie przetrwał w całości, ale została spora część jej obrazów, które dają dostateczne wyobrażenie o charakterze jej twórczości. Najwięcej jest ich w posiadaniu najmłodszego syna, mgr. inż. Antoniego Parczewskiego zamieszkałego w Bydgoszczy i synowej – żony nie żyjącego już syna, Tadeusza, - dr. Heleny Parczewskiej, zamieszkałej w Koszalinie. Kilkanaście obrazów zdobi moje mieszkanie, kilka mieszkanie mojego syna mgr. inż. Andrzeja Kozłowskiego w Poznaniu, kilkanaście obrazów rozeszło się wśród dalszej rodziny i bliskich znajomych.
Jeżeli ktoś kiedyś zechce napisać historię malarstwa wielkopolskiego, nie może w niej zabraknąć Emilii Parczewskiej. A to właśnie pani Emilia:

w 1./ Patrz: „Dzieje Wielkopolski” pod. red. W. Jakóbczyka, tom II str. 462. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973Toruniu oraz radcą Pomorskiej Izby Rolniczej.
Opracowując życiorys Emilii Parczewskiej korzystałam z informacji, udzielonych mi łaskawie przez jej syna, pana mgr. inż. Andrzeja Parczewskiego i wnuczkę, panią Ewę Droste-Sumowską, za co im obojga składam serdeczne podziękowanie.
mgr. Izabela Kozłowska /podpis/
Dopisek styczeń 1989r.
P.S. Od pani Sumowskiej dowiedziałam się również, że Emilia Parczewska pozostawiła pamiętnik, w którym opisała swoje przeżycia wojenne. Niestety nie wiadomo co się z nim stało. Być może przy pomocy znajomych ukryła go w Bibliotece Kórnickiej.
****
0 komentarzy 25-01-2009 Dalszy ciąg opowieści Pani Kozłowskiej o Emilii Parczewskiej
Do Poznania wróciła z Antonim. Do czego? Do jednego pokoju w dawnym mieszkaniu przy ul. Wojska Polskiego 9 na Sołaczu. Resztę mieszkania zajął właściciel domu z rodziną. Było ciasno, niewygodnie, atmosfera domowa nieprzyjemna, wszystkie problemy wspólnego zamieszkania dawały się we znaki. Dawne urządzenie mieszkania, meble, obrazy przepadły, wywiezione przez Niemców, którzy zajmowali mieszkanie podczas wojny. Mimo skończonej siedemdziesiątki i ciężkich warunków w jakich spędziła wojnę, pani Emilia na ogół była w dobrej kondycji fizycznej /piszę na ogół, bo przebyła dwie operacje i skomplikowane złamanie ramienia/. Żywotna, ruchliwa prowadziła zdyscyplinowany, uregulowany i pracowity tryb życia. Była pod każdym względem samowystarczalna, potrafiła dostosować się do bardzo skromnych możliwości finansowych. Zdobyła przybory malarskie, farby i zaczęła malować. Na Sołaczu, zwłaszcza w parku Sołackim, który stał się jej ulubionym terenem, często można było ją widzieć siedzącą na składanym stołeczku i malującą w otoczeniu dzieci zaglądających jej przez ramię. Wiele uroków potrafiła dostrzec w krajobrazie nad Rusałką. Pamiętam też nasze wspólne wyprawy do Puszczykowa lub na Dziewiczą Górę koło Czerwonaka. Każdy jej wyjazd poza Poznań dostarczał także nowych kompozycji malarskich.
Nie podejmuję się analizy i krytyki jej sztuki malarskiej, nie mam po temu kwalifikacji. Podaję to, co poznałam bezpośrednio.
Tematy malarskie
Na pierwszym miejscu postawiłabym pejzaże, które chyba dominowały ilościowo, a wśród nich wyróżniłabym te, których tematem była woda mistrzowsko ujmowana w kolorycie, przezroczystości, grze światła i nastroju każdej pory roku z zimą włącznie, a więc stawy, jeziora, morze. Kolory przeważnie żywe, nasycone, śmiało zestawiane, ale są także pejzaże o barwach delikatnych, stłumionych i wszystkich odmianach bieli w obrazach „zimowych”, śnieżnych górskich i nizinnych krajobrazach. Widać w nich, jak bardzo pani Emilia była wrażliwa na piękno przyrody i otoczenia. W pejzażach pojawia się także architektura: dwór i zabudowania w Belnie, fragmenty Poznania, najczęściej Sołacz /w tym dom przy ul Wojska Polskiego, w którym mieszkała/, Zakopane, Bydgoszcz, Ośno Lubuskie, Szczecinek, Świecie n.Wisłą, kościół w Owińskach koło Poznania i pewno jeszcze inne.
Następne miejsce dałabym portretom, których powstała spora ilość. Są wśród nich portrety własnych/i nie tylko/ dzieci, najbliższych osób z rodziny , przyjaciół i bliskich znajomych. Tak jak pejzaże malowała szybko i z łatwością – takie przynajmniej odnosiło się wrażenie- tak w portrety wkładała bardzo dużo wysiłku i czasu. Twierdziła, że woli portretować mężczyzn niż kobiety, które każdego dnia i to o każdej porze inaczej wyglądają. Oczywiście nie chodziło o różnice wynikające np. z makijażu czy ubioru, lecz o zmiany spowodowane zmęczeniem lub różnicami a aktualnym samopoczuciu modelki.
Kwiaty – to następna grupa obrazów bardzo różnych w ujęciu i kolorystyce, od „pokojowych” w wazonach po wspaniałe wiejskie malwy.
Pani Emilia próbowała też swoich możliwości w okresie tzw. socrealizmu, co przyniosło w efekcie kilka obrazów przedstawiających ludzi, wykonujących różne proste prace i czynności /wiejską kobieta czytającą gazetę, mężczyźni w jakimś warsztacie/.
Jeżeli chodzi o technikę malowania, to we wszystkich wymienionych grupach tematycznych są akwarele, obrazy olejne i pastele oraz sporadyczne rysunki ołówkiem. Niestety nie zawsze dobra jakość powojennych farb, zdobywanych zresztą z dużym trudem, powodowała, że część obrazów po kilkunastu czy po kilkudziesięciu latach traciła swoje piękno; akwarele płowiały, oleje gasły. Powojenne malarstwo pani Emilii było nie tylko artystycznym wyżywaniem się. Częściowo stanowiło środek zarobkowania. Temu celowi służyło portretowanie oraz świetne wykonywane kopie z reprodukcji znanych obrazów wielkich malarzy europejskich. Nie miało to jednak znaczącego wpływu na skromną sytuację finansową pani Emilii
0 komentarzy 24-01-2009
Dalszy ciąg opowieści Pani Kozłowskiej o Emilii Parczewskiej
W tym okresie poznałam osobiście panią Emilię, kiedy jako młode małżeństwo złożyliśmy w 1937 roku wizytę państwu Parczewskim. Niewysoka, delikatnej budowy ciała pani o wielkich niebieskich oczach, przyjęła i mnie życzliwie i serdecznie, z całą naturalnością Emilia, będącą dominującą cechą jej sposobu życia. Podczas następnych spotkań zaproponowała mi, abym pozowała do portretów. Namalowała wtedy dwa moje portrety: olejny bardzo dużego formatu, prawie cała postać trois quarts oraz profil głowy wykonany pastelami. Niestety obydwa portrety zginęły podczas wojny, prawdopodobnie zabrali je Niemcy, którzy zajęli nasze mieszkanie po wysiedleniu nas z Poznania w 1939 roku.
Wojna nas rozdzieliła. My spędziliśmy ją na wysiedleniu na Lubelszczyźnie. Losy pani Parczewskiej i jej najbliższej rodziny okazały się dramatyczne. Latem 1939 roku pani Emilia z mężem pojechała do Wilna w odwiedziny do Walentego Parczewskiego /kuzyna męża/. W Wilnie jak wspomniałam był syn Tadeusz, a młodszy – Antoni - odbywał na Wileńszczyźnie, w lasach brasławskich, praktykę. Pani Emilia słusznie uważała, że w razie wkroczenia Niemców do Polski byłaby narażona na represje z ich strony z powodu jej działalności patriotycznej, prowadzonej jeszcze podczas zaboru pruskiego. W Wilnie zastała ich wojna, a pani Emilia wkrótce została sama. Syn Tadeusz był już zmobilizowany, mąż pani Emilii wkrótce po wkroczeniu wojsk radzieckich został aresztowany przez władze radzieckie i osadzony w więzieniu na Łukiszkach. Syn Antoni, nie zmobilizowany został internowany na Litwie. Po zajęciu Wilna przez Litwinów pani Emilia dzięki energicznym staraniom uzyskała zwolnienie męża i syna. Jednak najcięższe przeżycia były jeszcze przed nimi. W czerwcu 1941 roku podzielili los tysięcy Polaków i zostali wywiezieni z Wilna. Mieli wprawdzie możliwość ukrywania u znajomej rodziny /Montwiłłów/, ale nie chcąc narażać przyjaciół na represje, wrócili do domu, wiedząc, co ich czeka. Antoni, który w tym czasie ukrywał się na wsi, wrócił do Wilna i zgłosił się dobrowolnie na wyjazd, by towarzyszyć i pomagać rodzicom. Gdy pod strażą z bronią jechali ciężarówką przez Wilno, przechodnie żegnali ich znakiem krzyża. Potem jazda nocami przez dwa tygodnie w towarowych, prymitywnych wagonach z wszelkimi towarzyszącymi temu udrękami przez Wielkie Łuki, Tułę, Kujbyszew, Ufę, Czelabińsk, Omsk, Tatarsk do Kraju Ałtajskiego. Tam na początku koczowanie na stepie, potem zatłoczona wspólna z obcymi ludźmi izdebka, w ubogiej, prymitywnej glinianej lepiance, należącej do Ukrainki, w miasteczku w Sławgorodzie. 64-letnia pani Emilia poznała co to głód, zimno, brak światła, mydła, najprostszych codziennych przedmiotów żyli z tego co zarobił Antoni, który pracował kolejno na kosiarce zaprzężonej w woły, później jako tragarz w rzeźni, wreszcie jako palacz w kotłowni miejscowej piekarni /najlepsza ponoć praca, starczyło na chleb i na zacierkę/. Pani Emilia przecierpiała i przetrwała nie tylko srogość klimatu, nędzę, obcość i prymitywizm otoczenia, ale także aresztowania, koszmar więzienia i stratę męża. Uwięziono ich oboje za to, że mimo obietnic, a później różnych gróźb nie zgodzili się na zmianę obywatelstwa polskiego na radziecki. Pani Emilia wydostała się dzięki sztuce malowania. Jej mąż, Tadeusz Parczewski zmarł w więzieniu. Warta podziwu była jej odporność fizyczna i psychiczna. Z godnością znosiła zło.
ciąg dalszy będzie potem
0 komentarzy 23-01-2009
Dalszy ciąg opowieści Pani Kozłowskiej o Emilii Parczewskiej
Trzeci nurt życiowej aktywności, to działalność społeczna, będąca naturalną konsekwencją patriotyzmu, rozumianego jako obowiązek pracy dla kraju.
Jeszcze podczas zaborów, będąc w Lipienkach, pani Emilia założyła w sąsiedniej wiosce, Jeżewie, które było zarazem siedzibą gminy, polski dom towarowy, wykupiwszy go od bankrutującego Niemca. Sama prowadziła ten „bazar”, osobiście doglądając związanych z nim spraw. Nie bacząc na grożące ze strony zaborcy represje, gromadzi wiejskie dzieci i pod pozorem nauki śpiewu uczy je po kryjomu języka i historii Polski.
Począwszy od 1907 roku, pełna inicjatywy i zapału organizuje w powiecie świeckim, czytelnie i domy ludowe; w 1911 roku zakłada w tymże powiecie Towarzystwo Ziemianek. Kontynuuje działalność społeczną w odrodzonej Polsce, jest przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich i równocześnie przewodniczącą Wojewódzkiego Zarządu Kół Gospodyń Wiejskich w Toruniu oraz radcą Pomorskiej Izby Rolniczej. Zakłada w Świeciu/Wisłą szkołę gospodarczą dla dziewcząt.
Za patriotyczną postawę podczas zaboru i za całokształt pracy społecznej została odznaczona przez władze polskie Orderem Odrodzenia Polski /Polonia Restituta/, a rząd Polski zwrócił Emilii Parczewskiej – Lipienki, /resztówkę pozostałą po pruskiej parcelacji/. Osiadł w nich jej syn, Zygmunt Liszkowski wraz z dawną guwernantką, Francuzką, Henriette Jacquet.
W drugiej połowie lat trzydziestych Parczewscy sprzedali Belno i zamieszkali w Poznaniu przy ul. Wojska Polskiego 9 na I piętrze, rozpoczynając miejski etap życia. Pani Emilii ubyło obowiązków, dzieci z pierwszego małżeństwa od dawna usamodzielnione: córka Helena wyszła za mąż za barona Zdzisława Droste /syna znanego w Wielkopolsce właściciela fabryki papierosów/ i zamieszkała w majątku Uchorowo pod Murowaną Gośliną; syn Kazimierz mieszkał w majątku Sosnowiec koło Inowrocławia, a Zygmunt – jak wspomniałam – gospodarował w Lipienkach. Dzieci z drugiego małżeństwa też już dorosły. Tadeusz ukończył w 1935roku prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i po odbyciu rocznej służby wojskowej zaczął aplikować w kancelarii adwokackiej Walentego Parczewskiego w Wilnie; młodszy - Antoni - od 1935 roku do wybuchu II wojny światowej studiował leśnictwo na wydziale Rolniczo – Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego. Można więc było dużo i nieskrępowanie malować i pani Emilia malowała: w Poznaniu na Sołaczu, nad morzem, w górach i dokądkolwiek pojechała. Gospodarstwem domowym zajmowała się Nastka, przywieziona z Belna.
Dalszy ciąg potem
0 komentarzy 21-01-2009
Dalszy ciąg opowieści Pani Kozłowskiej o Emilii Parczewskiej
Emilia wyszła powtórnie za mąż, prawdopodobnie w 1913 roku, za Tadeusza Parczewskiego, właściciela Belna, majątku położonego 5km od Lipienek. Ślub wzięli w Berlinie. Podobno, o dziwo, w Berlinie można go było udzielać w języku polskim, co było zabronione na Pomorzu. Ku utrapieniu pruskiego landrata pani Emilia- mimo uwłaszczenia – została na Pomorzu i to w tym samym, co poprzednio powiecie świeckim. Belno było majątkiem dobrze zagospodarowanym. Duży dwór, położony w parku, mógł pomieścić nie tylko liczną rodzinę, alei gości, których nigdy nie brakowało. Pani Emilia zaczęła nowe, pracowite życie, dzieląc czas między obowiązki rodzinne, pracę artystyczną i działalność społeczną. Urodziła jeszcze trzech synów: Tadeusza w 1914 roku, drugiego syna, który umarł wkrótce po urodzeniu i Antoniego w 1918 roku. Mimo, że miała pięcioro własnych dzieci, uznała za swój patriotyczny obowiązek wychowywać jeszcze jedno dziecko, które straciło rodziców wskutek działań wojennych. Tak, więc wkrótce po zakończeniu się I-ej wojny światowej pojechała z własnej inicjatywy do Warszawy, do sierocińca, w którym przebywały sieroty polskie przywiezione z Rosji /via Japonia/.. Wybór padł na kilkuletniego chłopca, o którym tylko wiedziano, że nazywa się Teodor Karpiński. Todek znalazł w Belnie prawdziwy dom, serdeczność, możliwość uczenia się, zdobył zawód i samodzielność życiową. Po wojnie wyjechał do Szkocji. Emilia prowadziła dom energiczną ręką, pełna jednak troskliwości o wszystkich domowników, umiejętnie tworząc ciepłą i pogodną atmosferę rodzinną. Udane, dobrze dobrane małżeństwo, ustabilizowana sytuacja życiowa pozwalały na inne jeszcze formy aktywności.
Wielką pasją i drugą po rodzinie miłością było oczywiście malarstwo. Malowała dużo, szybko, czerpiąc inspirację z najbliższego otoczenia. Powstawały obrazy olejne, akwarele, pastele, od dużych formatów poprzez niewielkie urocze obrazy aż do miniatur. To nie była zabawa wypełniające wolne chwile, lecz konieczność wewnętrzna, samorealizacja artystycznej osobowości. Moją osobistą ocenę jej malarstwa przedstawię dalej.
Ciąg dalszy nastąpi
0 komentarzy | Akcja Akcje dostępne są po zalogowaniu. Oceń Oceny dostępne są po zalogowaniu. |