menu

senior.pl - aktywni w każdym wieku

Wróć   Klub Senior Cafe
Zarejestruj się FAQ / Pomoc Szukaj Dzisiejsze Posty Oznacz Fora Jako Przeczytane

29-12-2011 10:54

Na temat upominków świątecznych mówi się dużo przed świętami, ale i po świętach. Wszystkie miały być piękne, ciekawe, ważne dla osoby obdarowywanej itd. Itd. Radzą co zrobić z nimi gdy się nie spodobają, gdy sklep nie zechce przyjąć itd. Itd.

Ja nigdy takich problemów nie miałam, ale w tym roku szczególnie, podarunki były niezwykłe i to nie tylko od bliskich mi osób, ale …od Sejmiku Świętokrzyskiego, od Ministerstwa Kultury a nawet od Unii Europejskiej.
Zacznę jednak od początku. Od kilku lat mówiło się, że u zbiegu ulic Żeromskiego i Głowackiego będzie budowany gmach Filharmonii Świętokrzyskiej.Czasami tędy przechodzę, najpierw widziałam ruiny wyburzonych domów, potem coś wielkiego a nawet potężnego przykrytego budowlaną siatką. Potem nie chodziłam. Aż tuż przed wigilią idąc zobaczyłam ogromny, wprot niesamowity gmach na którym widnieje napis Filharmonia Świętokrzyska.
Filharmonia nie jest jeszcze otwarta, ale dni do otwarcia są policzone. W grudniu Straż Pożarna dokonała ostatniego przeglądu. Ten „upominek” dla społeczeństwa w tym również dla mnie kosztował 2 miliony zł.
Jeszcze w tych dniach będę na koncercie noworocznym w starym miejscu tzn. w Kieleckim Centrum Kultury, ale w mojej wyobraźni już w nowym gmachu. Czy to nie wspaniały prezent, taki którego nie można zapomnieć nie tylko dzisiaj, ale przez następne lata a może nawet wieki..

W domu były również podarunki, no nie milionowe, ale również drogocenne. Wszystkich wymieniać nie będę bo to byłoby samochwalstwo, ale muszę napisać o dwóch. Od Oli, mojej dobrej i mądrej wnuczki, otrzymałam książkę Grzegorza Kołodki „Wędrujący Świat” z dedykacja i kwiatkiem własnoręcznie przez autora narysowanym a dla nas wspólnie tzn.prababci i pradziadka książkę-album „Emilka”. Cóz to za prezenty!!!

Zaraz po wyjeździe córki „rzuciłam się „ na Kołodkę. Zawsze byłam Jego fanką ale czytając stałam się jeszcze większym. Cóż to za mądra książka, jakim językiem pisana, a ile nowych wiadomości i to nie tylko ekonomicznych? Dziękuję Ci Olu, lepszego prezentu wymyślić nie mogłaś!
A album oglądają wszyscy, w pierwszej kolejności „moje przyszywane córki”, które zechciały przyjść do nas wieczorem w drugi dzień świąt.Ja oglądam go wielokrotnie i zawsze z tym samym zachwytem.

Otrzymując te wszystkie wspaniałości, po cichutku, zrobiło mi się smutno i żal tych wigilii kiedy podarunki spod choinki dawała nam wszystkim mała Mirunia, potem mała Ola, tym razem też Mirunia (młodszych nie było) ale nie mała tylko poważna pani.


taka jakaś mała ta filharmonia a przecież jest wielka






23-12-2011 21:20

W gazetach, w radio, telewizji namawiają ludzi do wspomnień grudniowych ( a jest co wspominać) świątecznych a szczególnie wigilijnych.Choć przeżyłam wiele wigilii, ale dwie są tak żywe , iż mam wrażenie, że działo się to wczoraj.

Był grudzień roku 1944. W domu mieszkałam tylko z siostrą, miałam lat 9 ona 16. Mama od kilku miesięcy przebywała w niemieckim więzieniu w Mysłowicach, ojciec ukrywał się.Najbardziej bałam się jego nocnych odwiedzin (coś przynosił na podpałkę, coś do jedzenia) bo miałam wrażenie, że natychmiast pojawią się Niemcy i jego też zaaresztują. Siostra często chodziła pod więzienie i z oddali patrzyła na zakratowane okna. Zdarzało się, że któraś z więźniarek podchodziła do okien i krzyczała chcąc coś przekazać „odwiedzającym”. Pewnego dnia usłyszała głos naszej mamy, która wykrzyczała „Irenko zrób Zeni choinkę”.
24 grudnia w dzień wigilii. wieczorem przyniósł choinkę Zenek, późniejszy mąż siostry.Choinka była świerkowa, wysoka, szczupła, po prostu piękna. Nie zdażyłam jeszcze dobrze przyjrzeć się choince gdy na schodach stanęli dwaj Niemcy z nieodłącznym psem.Ścierpłam.Weszli do kuchni i jak nigdy dotychczas byli jacyś inni, jeden z nich zapytał Irenkę, wskazując na Zenka, czy to Twój chłopak?. Uśmiechnęli się, nie pytali o ojca, nie robili rewizji, po prostu wyszli.( dziś wiem, że wiedzieli o tym czego ja nie wiedziałam, że zbliża się front i losy wojny są przesadzone).
A potem Irenka wyciągnęła tekturowe pudełko z zabawkami choinkowymi (tak nazywaliśmy ozdoby choinkowe). Wśród nich najpiękniejsze były baletnice, zrobione z kolorowej bibuły i łańcuchy wykonane własnoręcznie z kolorowego papieru i ze słomek. Piękna była ta choinka, ale wigilia była najsmutniejsza bo strachem i niepokojem w sercu.

Był rok 1981. Stan wojenny. Ograniczenia w przyjazdach i inne niedogodności. Na święta miała przyjechać moja mama z Sosnowca i córka z Warszawy gdzie studiowała.Mama nie załatwiając żadnych zezwoleń wsiadła do pociągu i po prostu przyjechała do Kielc.Od córki nie mieliśmy żadnych wiadomości (telefony, telefony – rozmowy kontrolowane) ale nie przyszło nam do głowy, że mogłaby nie przyjechać, skoro mama mogła. Zamiast jej nadszedł co prawda długi list wyjaśniający dlaczego to nie może przyjechać,.oczywiście głownym powodem miały być restrykcje stanu wojennego. To była bardzo smutna wigilia, dla nas wszystkich ale mojej mamy w szczególności.

Dopiero po wielu latach dowiedzieliśmy się, że to nie tyle stan wojenny stanął na przeszkodzie jej przyjazdu ale zupełnie co innego. To coś a właściwie ktoś przyjedzie jutro ze swoją żoną na wigilie do Czerwonej Góry.


07-12-2011 09:02

Nie jestem pewna czy tak należy. Skopiowałam artykuł mojej córki, który napisany był do Gazety Ubezpieczeniowej - "Trzecim okiem".Spodobał mi się bardzo bowiem oddał nie tylko Jej ale i moje stany ducha, i nimi się chce z moimi przyjaciółmi seniorkowymi podzielić.Myślę, że i córka nie pogniewa się chociaż z Nią tego nie konsultowałam.

Książki wiecznie żywe

Idąc codziennie do redakcji „Gazety Ubezpieczeniowej” ulicą Bracką, przechodzę obok ogromnego nowego budynku. Jest cały czarny i błyszczący, nowy jak tylko nowy być może. W środku elegancja i światowe marki, czyli Luksus przez duże L. I tylko jedno „mąci” to super wrażenie: stare książki na parterze, między Saint Laurentem a Giorgio Armanim.

Żeby to kilka! Jest ich całe mnóstwo, stoją i leżą pokotem rzędami, na półkach i na podłodze. I tak jak luksus z najwyższych półek mnie odpycha, to one mnie przyciągają z nieodpartą siłą. Nie wytrzymałam i weszłam tam kilka dni temu. Salon pusty, klientów jeszcze nie ma, za to miłych ekspedientek kilka. Podeszłam i spytałam, czy można kupić tu jakąś książkę. Na to pani bez mrugnięcia okiem odpowiedziała, że nie, że to tylko dekoracja.
Nie wyszłam od razu, pochodziłam między półkami i wyławiałam znajome tytuły. „Wielka Encyklopedia PWN”, ale nie w całości od A do Z, tylko jakaś pokawałkowana. Staje mi natychmiast przed oczami nasze mieszkanie przy ul. Zdrojowej 42. Mama zapisała się na nią gdzieś w latach 60. Do naszego domu w Kudowie-Zdroju przychodził tom po tomie, aż wszystkie zajęły całą, długaśną półkę. Potem encyklopedia powędrowała z nami pod Kielce, do Czerwonej Góry, by za lat kilka zrobić kolejny wielki skok. Dostałam ją w prezencie, gdy stałam się warszawianką, i mam ją teraz na Nowym Świecie. Stoi w pokoju męża, pokoju „generalskim”, gdzie na ścianach wiszą portrety wojskowych, tych z rodziny jak gen. Józef Wysocki, adiutant generała Józefa Bema od Wiosny Ludów, mój dawno nieżyjący teść w mundurze przedwojennego oficera WP obok pisma podpisanego przez płk. Władysława Sikorskiego, nagradzającego go Krzyżem Virtuti Militari za Bitwę pod Kaniowem, i oryginalne karykatury z Beniaminowa oficerów Piłsudskiego. Jest i jego karykatura z 1916 r. i zdjęcie brygadiera robione u starego warszawskiego fotografa, bardzo rzadko reprodukowane w książkach.
Rzadko do encyklopedii teraz zaglądam, otwieram – chyba jak wszyscy – komputer i buszuję po internecie i Wikipedii. Ale te stare pożółkłe tomiska przylgnęły do mnie, a raczej mej duszy. Są już nie tylko książką, są moją drogą życiową, moimi wspomnieniami i wzruszeniami. Wczoraj znowu myślałam o Kudowie, gdy dowiedziałam się o śmierci Violetty Villas. Artystka urodziła się dosłownie „o miedzę”, w Lewinie Kłodzkim, przez który zawsze przejeżdżaliśmy, jadąc do powiatu, czyli do samego Kłodzka, gdzie zrobiono mi u optyka pierwsze okulary; pierwsze moje i pierwsze w całej klasie. Był rok 1963 czy 64.
Wróciłam wówczas z zakropionymi atropiną oczami z tego Kłodzka, oczywiście z zakazem czytania, którego oczywiście nie dotrzymałam. Czytałam właśnie pierwszy tom Zagubionej przyszłości Borunia i Trepki. W nocy zarzucałam kołdrę na głowę i mało co widząc chłonęłam książkę. Skąd mogłam przypuszczać, że za ćwierć wieku Krzysztof Boruń będzie moim sąsiadem na działce w Zalesiu Górnym? I że opowiem mu – cudownemu, dobremu człowiekowi, który w świat astronomii wprowadzał wszystkie nasze zalesiańskie dzieci – o tej atropinie i o cudownych wrażeniach z lektury jego książki.
Krzysztof Boruń od dawna już nie żyje, ale w Zalesiu mam ciągle kilka jego książek i setki innych, które obejmują w swoje posiadanie kolejne półki w kolejnych pomieszczeniach, w miarę jak te na Nowym Świecie okazują się niewystarczające. Książki w zalesiańskim domku doszły w tym roku do... toalety. Moja 4,5-letnia wnuczka Emilka, gdy przyjechała latem do nas w odwiedziny i weszła w to miejsce, aż zaniosła się śmiechem: – Co to babciu? Te książki... W ubikacji?!? – To nasza „Biblioteka Narodowa” – odparłam całkiem poważnie. – Mam dla ciebie kochanie książki, które sama czytałam jak byłam mała. I pokazałam jej Małego lorda i Małą księżniczkę, Tajemniczy ogród i Dzieci z Bullerbyn. Ten cały, cudowny świat ludzi, baśni, marzeń, wzruszeń; świat, który ukochałam najbardziej w całym swoim życiu.
***
Te wszystkie myśli w mgnieniu oka ogarnęły mnie, gdy przechadzałam się pomiędzy półkami w tym warszawskim Przybytku Marek i Luksusu. I im częściej o tym myślę, tym lżej mi na sercu. Może to całkiem nowy trend? Może już wkrótce okaże się w „dobrym tonie” mieć wokół siebie i wszystkie supernowe wytwory cywilizacji, i stare, pożółkłe książki, a nie nowe „na metry”? Może i papierowe gazety obronią się w jakimś stopniu przed internetowym tsunami? I w tym oto nastroju sięgnęłam w domu po „Gazetę Wyborczą” (2 grudnia br.), gdzie natknęłam się na notkę pt. Buffett kupił sobie gazetę: „81-letni rekin z Wall Street zainwestował w... lokalną gazetę. To druga po „The Washington Post Co” inwestycja Warrena Buffeta na rynku prasowym – przeczytałam. – Myślę, że przed gazetami jest przyzwoita przyszłość. Nie będzie już wprawdzie jak w przeszłości, ale wciąż jest dużo rzeczy, które gazety potrafią robić lepiej niż inne media – wyznał”.

Wierzę „rekinowi” Buffetowi. W coś lub kogoś przecież trzeba.

02-12-2011 09:56

Poniższy tekst napisałam i wysłałam licząc nie tyle na wydrukowanie co spowodowanie wykonania przynajmniej niektórych prac
I co się okazało. ZGK wykonał ładne schody z czerwonej kostki prowadzące do dwóch budynków. Słyszę, że w tym roku znajdzie się kostka dla trzeciego budynku. Oczyszczony został rów o który to w piśmie głównie chodziło a nawet znalazł się człowiek który zamiata schody. Czy wszystko zrobiono?- nie!, ale może kropla po kropli.

Dlaczego o tym pisze do moich przyjaciół "seniorkowych", dlatego, że chcę zachęcić do działania na rzecz swojego miejsca zamieszkania. Działania mogą być różne, ja niestety mogę tylko powiedzieć, wyjaśnić lub napisać. Czasami skutkuje.


List otwarty
do Urzędu Miasta i Gminy w Chęcinach, Pana burmistrza, dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej, pracowników Urzędu i ZGK.

Trudno mi przewidzieć czy artykuł ten zechce wydrukować Gazeta Chęcińska, gdyż jest to gazeta wydawana przez gminę i przedstawia nam głównie jej osiągnięcia. Gazeta jest lubiana i chętnie czytana bo mówi co się dzieje, co zmienia w naszym otoczeniu.
Ja niestety chcę napisać nie o osiągnięciach, ale małych potyczkach między mieszkańcami a gminą. Potyczki te sprawiają że człowiek mniej myśli o osiągnięciach a o swoich małych sprawach. Proszę wierzyć, że doceniam osiągnięcia, widzę zresztą nie tylko ja, co się w ostatnich latach zmieniło na naszym terenie. Toteż podczas ostatnich wyborów do samorządu, bez mrugnięcia powieką głosowałam na swoją radną i swojego burmistrza. Widzę nowe drogi, wiem o nowych wodociągach na wsiach, o powstaniu Orlika, o powstaniu wielu placów zabaw, świetlic, o budującym się kompleksie rekreacyjno- sportowym, o renowacji Niemczówki, domu Gminy, itd. Itd. Wiem, doceniam i cieszę się ale niezależnie od tego gnębią mnie problemy (może problemiki) które dostrzegam, a o których wielokrotnie mówiłam na zebraniach osiedlowych z burmistrzem, i o których przypominano wielokrotnie.
Może moje niezadowolenie wynika z innego spojrzenia, spojrzenia którego nauczyłam się w zamierzchłej przeszłości i z niezrozumienia dzisiejszych czasów. Może. Jeżeli nawet tak jest, to pozwolę sobie napisać że dla mnie w dalszym ciągu najważniejsze jest dotrzymanie raz danego słowa. I po tym oceniam ludzi. Może to nie dotyczy instytucji ale przecież instytucjami kierują ludzie.Prawda?

Ale dość tych ogólników, pora wyjaśnić o co mi właściwie chodzi.
Mieszkam w Czerwonej Górze od 40 lat i pamiętam z detalami sprawę „ rowu” Do budynku, który położony jest najniżej, od zawsze podczas ulewnego deszczu do piwnic dostawała się woda. Raz było jej więcej, innym mniej ale trzeba było wylewac ją wiadrami i osuszać. Oczywiście zgłaszany był problem dyrekcji szpitala bo wtedy osiedle należało do niego. Nic nie wskóraliśmy.A woda z osiedla i z terenu na którym położony jest szpital, spływała i robiła co do niej należało.
Jakieś 15 lat temu nieznany mi wtedy człowiek, który zamieszkał w tym budynku, samoczynnie zaczął kopać rów i od tego czasu odetchnęliśmy z ulgą, wody było nieco mniej. Rów niestety ma to do siebie że zarasta i wówczas podjęliśmy starania o wybetonowaniu go. Ponieważ to działo się 3 kadencje wstecz, nie ma co wspominać i mówić o umarłych.
Wreszcie udało się rów wyłożyć betonowymi płytami, sęk jednak w tym, że położono go tylko wzdłuż budynku a wąska rura, która miała odprowadzać wodę nie nadążała i zatykała się. Podczas ulewy woda rozlewała się i zatapiała będące tam garaże.
W tym czasie staliśmy się Wspólnotą Mieszkaniową. Zapobiegliwy Zarząd rozpoczął starania o dokończenie „inwestycji” tzn. o poszerzenie rury.i wyprowadzenie wody poza garaże. W międzyczasie rów trzeba było oczyszczać, robiły to kobiety, w większości chore których tak się złożyło mieszka w tym budynku więcej niż mężczyzn.
Zaczęto intensywnie robić ponownie starania na różnym poziomie i u różnych decydentów. Mówiono na zebraniach, przewodnicząca wielokrotnie odwiedzała
Burmistrza i dyrektorów (tak tak dyrektorów bo było ich w międzyczasie co najmniej 3) Zakładu Gospodarki Komunalnej, rozmawialiśmy z nasza radną, ona zmobilizowała dyrektorów do odwiedzenia tego feralnego miejsca. Nie mówię o licznych telefonach i okazjonalnych rozmowach. Taki stan trawa 6 rok. Ostatnimi czasy sama odwiedziłam 2 dyrektorów ZGK i uczestniczyłam w ważnej rozmowie nad rowem. Wszyscy wiedzieli o co chodzi i każdy obiecał wykonanie gdyż jest to sprawa ważna i konieczna.
Widząc, że nie ma siły na nic i na nikogo, zminimalizowaliśmy nasze wymogi, prosiliśmy
aby po deszczu pracownik gospodarczy, który każdego dnia sprząta osiedle, oczyszczał tą nieszczęsną rurę. Nawet ta drobnostka, która nie wymaga żadnych nakładów, żadnych pieniędzy a jedynie potrzebne było słowo dyrektora lub innego pracownika ZGK, też nie została zrobiona.
Czy można wierzyć w słowo i przyrzeczenia dane przez ludzi z ZGK i władz gminnych?

To nie jest jedna sprawa która leży nam na sercu, Identycznie było ze schodami prowadzącymi do tychże garaży. Mimo wielokrotnych obietnic nie naprawiane są schody, nawet te najgorsze, które stały się powodem złamania nogi jednego z mieszkańców. „Straszą” nas okna niezamieszkałych mieszkań, od lat niszczejące i nikomu nie służące( czy tylko złe przepisy stoją na przeszkodzie w załatwieniu tych problemów ?) Nie mówię już o hotelu, który niecierpliwie od lat czeka na mądre i sensowne rozwiązanie.

Ludzie chcą wierzyć wybranej władzy, chcą ją szanować i razem z nią cieszyć się osiągnięciami, ale czasami odnosimy wrażenie, że przecież przez nas wybrana władza nie bierze pod uwagę przez nas zgłaszanych spraw małych, nawet nie wymagających wielkich nakładów, a które utrudniają życie.

Archiwum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:42.

 
Powered by: vBulletin Version 3.5.4
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.