menu

senior.pl - aktywni w każdym wieku

Wróć   Klub Senior Cafe
Zarejestruj się FAQ / Pomoc Szukaj Dzisiejsze Posty Oznacz Fora Jako Przeczytane

29-02-2012 22:03

Co mnie najwięcej denerwuje, zastanawiam się od rana. Jeszcze niedawno myślałam, że powtarzanie, nie piszę komu bo i po co, co gdzie, kiedy, dlaczego. Okazuje się jednak, że nie, wcale nie.tylko nie działający internet. A tak zdarza mi się co raz częściej gdy przeszłam do nowego , „lepszego”operatora.

Wszystko w domu wtedy zaczyna działać inaczej i podporządkowane jest jednemu, co zrobić aby wrócił internet. Co raz bardziej jestem zła na siebie, że to urządzenie dla mnie tak bliskie jest zarazem tak obce, nie wiem, nie umiem i niczego chyba nie rozumiem. Małym pocieszeniem jest to że Mirunia mówi, że też nie umie i nie rozumie, ale ona ma swojego informatyka, który w każdej chwili usunie usterkę lub naprawi. Co prawda ostatnimi czasy znalazł się pan Lukasz miły młodzieniec, informatyk pracujący w szpitalu, ale przecież trzeba dzwonić, trochę prosić a potem i zapłacić. A okazuje się, że bez internetu bardzo trudno żyć. W takiej sytuacji chce mi się natychmiast coś nowego wiedzieć, coś przeczytać, otworzyć stronę bankową, zobaczyć co na seniorku piszą,muszę koniecznie wiedzieć co słychaĆ u Racjonalisty lub w Wolnomularzu itd.itd.

Najpierw próbuję dzwonić na infolinię 510800800, która obsługuje Internet Orange (czy ona jest bezpłatna? Muszę sprawdzić). Wykręcam, czekam, a potem naciśnij 1,2,3,….itd.muzyka gra nawet ładna, ale konsultant nie zgłasza się a potem kiedy już się zgłosi i kiedy wydaje mi się, że odetchnęłam, to w zależności od tego czy jest pani, czy pan, czy wstali w dobrym humorze, czy trochę gorszym, próbują instruować. Mówią tłumaczą, spróbuj to, tamto, owo, naciśnij , włącz, wyłącz, może jeszcze raz, a ja znowu nie wiem, nie rozumiem. Czarna rozpacz.

Chyba będę musiała jednak założyć dodatkową antenę. Jaką, powiedzieli mi na tej infolinii w Lublinie. W tej sprawie udałam się do salonu Orange, nawet dwóch, usłyszałam odpowiedź, że oni takich anten nie mają, ale żeby się nie martwić bo kosztuje niedrogo w granicach 50 zł.Przestałam się martwić i zaczęłam szukać w różnych sklepach z antenami w moim mieście wojewódzkim, niestety anteny 450.MH…nie mają. Został Internet tzn. największy sklep i pan Lukasz znalazł sprzedawcę, ale okazuje się, że antena musi być na dachu a tu zima, śnieg, lód, jak kogokolwiek wysyłać na dach. Same dylematy.

A przy okazji wydaje mi się, że to nie tylko sprawa zasięgu (tak podpowiada mi intuicja), ta tajemnica chyba tkwi gdzieś głęboko w komputerze.
W takiej sytuacji myślę o nieznanym mi panie Stefanie z naszego seniorka, który udziela nam niedouczonym różnych informacji na temat internetu, uczy spokojnie, grzecznie, mądrze, ale pan Stefan jest gdzieś tam, daleko a mnie przydałby się taki właśnie nauczyciel na miejscu.

Dzisiaj po południu ma przyjść pan Lukasz. Ciekawe czy intuicja moja mnie nie zawodzi, błąd nie będzie tkwił w zasięgu a w tym bosko – diabelskim urządzeniu.

PS Moje cudo nie działało bo była jakaś wielka awaria a potem nie sposób było go uruchomić. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę!!!

26-02-2012 21:15

Zajrzałam dzisiaj do swoich „dokumentów”w komputerze a właściwie do korespondencji. Postanowiłam to wszystko jako nieważne wrzucić do kosza. Tak uczyniłam z pierwszymi listami, ale następne jakoś nie chciały się „wykreślić” i nie zamierzając zaczęłam czytać. Były to listy do moich przyjaciół pisane w roku 2007 i 2008.I kiedy je wszystkie przeczytałam, wiedziałam że nie mogę ich wrzucić do komputerowego kosza, że muszą tam pozostać.

List do Jadzi z Gdańska– pisałam o mnie, o moich problemach życiowych i zdrowotnych. Radziłam by jeszcze raz przemyślała sprawę swego syna schizefrenika a jeszcze bardziej wnuka z ciężkim upośledzeniem mózgowym którego wychowuje. Sama będąc starą i niezdrową opiekowała się jednym i drugim. Nie radziła sobie z problemami które ją przerastały, ale wnuka nie chciała za nic na świecie oddać do domu opieki.
Dzisiaj nie mam do kogo pisać, Jadzia w przeddzień świąt Bożego Narodzenia umarła przy stole. Jej wnuk znalazł się w domu opieki.

List drugi kierowany był do Gdyni do mego kuzyna Janusza, którego najbardziej lubiłam. Pisałam w nim o sobie, o nas, o Miruni, Oli, o tym że niedługo urodzi się jej córka a moja prawnuczka. Wspominałam o jego odwiedzinach w Kudowie, o wspaniałym wieczorze przy gitarze i tatarze z jesiotra którego przywiózł znad morza.
W liście nie omieszkałam zapytać o zdrowie Jego i żony Jadzi o której wiedziałam że choruje
od dłuższego czasu.
Janusza już nie ma, umarł szybko na raka trzustki, a Jadzia czeka na swój wyrok.

List następny pisałam do Heni, siostry mojej ukochanej przyjaciółki z lat szkolnych, Michaliny. To była wielka młodzieńcza przyjaźń. Wszystko co najlepsze z nią się wiązało. Skończyłyśmy obie liceum z bardzo dobrymi wynikami, a potem ona znalazła się na południowym wschodzie Polski, ja na zachodzie. Kontakty urwały się, ale moja miłość do niej trwała, zresztą trwa po dzień dzisiejszy. Chciałam ją koniecznie odnaleźć, ślad wiódł do siostry do Sławkowa, która mogła tam mieszkać bowiem było to miejsce zamieszkania ich rodziców. Znalazłam, Przywiozłam jej moją książkę biograficzną, w której pisałam o Michalinie.
Niestety od Heni dowiedziałam się, że Michalina od wielu lat nie żyje, nawet grób jej jest w dalekim Chełmie. W pobliżu Heni mieszka w domu niegdyś budowanego przez rodziców dla Michaliny, jej córka samotna i chora na schizofrenię.

I jeszcze jeden list, też do Michaliny, ale innej. Ta pani znacznie starsza ode mnie była przyjaciółką moich rodziców. Przy każdej okazji gdy znalazłam się w Sosnowcu odwiedzałam ją. W tym liście pytałam o jej zdrowie, pytałam również czy była na cmentarzu i czy podobała jej się nowa tablica na grobie moich rodziców. Zapewniałam, że odwiedzę Ją na pewno przy następnym przyjeździe.
Kiedy ten następny raz nastąpił, w domku w którym od zawsze mieszkała pani Michalina, nie była nikogo. Nikt też nie umiał powiedzieć dokąd wyjechała. Po dzień dzisiejszy nie udało mi się dowiedzieć jaki był jej dalszy los.

Już wiem, że listów tych ale i następnych nie wrzucę do komputerowego kosza, muszą tu tkwić jak drzazgi i przypominać mi o ludziach bliskich, znajomych którzy byli, minęli a o których pamięć nie powinna zgasnąć.

14-02-2012 10:33

Od pewnego czasu reklamowany jest film Róża w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Ostatnimi czasy rzadko bywam w kinie bo to i daleko i jak to się mówi nie po drodze. Tym razem chciałam iść a ponieważ jedna z moich „przyszywanych córek” jest kinomanką, to też miałam z kim iść a właściwie jechać. Chociaż zimno i mroźno samochodzik nie sprawił żadnych psikusów, zapalił i pojechał.Przedtem zamówiłam bilety przez internet, chociaż nie musiałam koniecznie, bo jak się okazało zbyt wielu chętnych do oglądania nie było a szkoda.

Film dzieje się tuż po wojnie na Mazurach.To też na ekranie widzimy na przemian Niemców,Rosjan, funkcjonariuszy NKWD i UB, przedwojennych mieszkańców Mazur, których raz nazywa się Niemcami, Polakami czasami Mazurami, przybyłych repatriantów ze wschodu, a najwięcej jest czarnych charakterów wśród wszystkich wymienionych - szabrowników, gwałcicieli (sceny gwałtów pokazane więcej jak realistycznie), zabójców itp.
Zło nie ma tu munduru ani narodowości, czyha ze wszystkich stron.
Zdarzają się też bohaterowie pozytywni, ale przedstawieni sa rzadko i nieśmiało.

Na tym tle poznajemy głównych bohaterów Różę, którą gra wspaniale Agata Kulesza i Marcina Dorocińskiego w roli Tadeusza.
Rzecz dzieje się latem 1945r. Tadeusz, były żołnierz AK, któremu wojna zabrała wszystko i niczego nie oszczędziła, wędruje przez Mazury. Dociera do wdowy po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem.Tak zaczyna się film.
Może to wstyd ale tego aktora dotychczas w ogóle nie znałam,to też wiedzieć nie mogłam o jego możliwościach aktorskich a ma ich nieprzebraną moc. W każdej sytuacji jest człowiekiem mądrym, zrównoważonym, spokojnym, odważnym
Pięknie pokazana jest rodząca się miłość między Różą a nim, w warunkach skrajnych gdzie na miłość wydawałoby się że nie może być miejsca.

Film pozwolił mi lepiej zrozumieć problemy Mazurów, rdzennych mieszkańców tego rejonu, ale dopiero po filmie, w domu, po przeczytaniu kilku publikacji, uświadomiłam sobie jakie problemy nawarstwiały się tutaj od wieków. Najogólniej mówiąc Mazurzy pochodzili z Polski z Mazowsza mówili charakterystyczną mową mazurską. Kiedy znaleźli się pod wpływami Niemiec, powoli zniemczali się (jak zwykle nie wszyscy) a szczególnie działo się to w wieku XIX gdzie zniemczanie nasiliło się. W roku 1920 w czasie plebiscytu, większość wypowiedziała się po stronie Niemiec. Gdy w roku 1945 Mazury znalazły się w granicach państwa polskiego, uznano mieszkańców Mazur za Niemców i traktowano ich jak wrogów. I właśnie film mówi o tym okresie i ludziach tam mieszkających.

Na film warto iść nawet dlatego aby zobaczyć trochę prawdziwej historii Mazurów.

11-02-2012 09:58

Lubie wczesne ranki, jeszcze ciemno, jeszcze szaro, powoli zaczyna świtać. Jet 3,00 czasami 4,00 a niekiedy i 5,00. Leżę, włączam radio, gra muzyka, napływają myśli, które dotyczą różnych okresów życia , czasem dzieciństwa, wczesnej młodości, okresu „kudowskiego” a także dnia dzisiejszego. Myślę o ludziach, różnych wydarzeniach, tych ważnych a i zupełnie nieważnych. Jest to czas „planowania” co,gdzie, kiedy zrobię, pojadę, ugotuję.

Dzisiejszego ranka znalazłam się w Sosnowcu, w mym rodzinnym domu, przy mamie. Zastanawiam się co mama gotowała, co najlepiej lubiłam, sięgam pamięcią i postanawiam ugotować jedno z tych dań, które najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Pamiętam wodziankę, przygotowywała ją mama w okresie okupacji, potem już nie. Ostatnią wodziankę jadłam w dniu kiedy Rosjanie wstępowali do naszego miasta. Siedziałam na małym stołeczku przy taborecie na który mama postawiła talerz z tym „rarytasem” Wtedy nie wiedziałam, że jest to potrawa biednych ludzi bo najprostsza i najbardziej oszczędna. Czy jeszcze dzisiaj ludzie w Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku jedzą ją. Chyba nie, a może jednak.
Przepis był prosty tak jak prosta potrawa.
Czerstwy chleb, 3, 4 ząbki czosnku,2 łyżki domowego smalcu ze skwarkami, sól., przyprawa do zup. To wszystko zalewa się gorącą wodą i gotowe.

Myślę dalej , może ugotuję „czarne kluski”. Pamiętam ten garnek żeleźniak w którym już ugotowane kluski „taplały się „ w gęstym sosie z wołowego mięsa. Były pyszne, chociaż twarde, bo mama , tak mi się zdawało nie dodawała lub dodawała mało ziemniaków ugotowanych,
Zajrzałam do przepisów śląskiej kuchni, na czołowym miejscu jest przepis na „czarne kluski”.

Składniki 1,5 kg. ziemniaków, sól i nic więcej.
„Obierz i ugotuj 2|3 ziemniaków. Ziemniaki surowe obierz i zetrzej na tarce. Otrzymaną miazgę zawiń w gazę i mocno odciśnij nad miską. Sok który spłynie do miski, odstaw aby na dnie osiadła skrobia z ziemniaków. Zlej wodę a osad z dna miski dodaj do odciśniętych ziemniaków. Gdy gotowane ziemniaki będą już miękkie, rozgnieć lub przeciśnij przez praskę. Gorące wymieszaj z surowymi ziemniakami i zagnieć aby powstało gładkie ciasto. Przypraw solą, ulep nieduże kluski.Jeśli ciasto jest rzadkie i się nie klei, dodaj jeszcze maki ziemniaczanej, wystarczy 1 łyżka. Kluski gotuj w osolonej wodzie aż wypłyną na powierzchnię”.

A może ugotuję kluski śląskie czyli gumiklyjzy. Przepis też jest prosty a gotowanie jeszcze prostsze.
1kg. ziemniaków, 2 żółtka, sól, 1 łyżka maki pszennej, 10dag maki ziemniaczanej.Z tego wszystkiego robi się kuleczki, spłaszcza a w środku palcem robi się dołek.Reszta jak zwykle, woda, wrzątek, gotowanie, wyjmowanie, jedzenie.

Decyduje się na te ostatnie, będą pyszne. Mięsko już jest przyprawione, i czeka. Obiad będzie wspaniały bo wspomnieniowy śląsko-zagłębiowski.

04-02-2012 11:17

Zimno, w domu też nie najcieplej i jakoś nachodzą mnie myśli o przeżytych i zapamiętanych srogich zimach. Ze szczegółami pamiętam trzy. O jednej to nawet kiedyś tutaj wspominałam.

Zima roku 1945 kiedy to jako mała dziewczynka wyszłam przed furtkę i zobaczyłam na łące małe kopczyki ze śniegu. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że pod tymi kopczykami śniegowymi leżą zabici żołnierze radzieccy. To było tak silne wrażenie, że po dziś dzisiejszy przed moimi oczami stoi ten straszliwy widok.

Były to lata 60-te. Zostałam kierownikiem szkoły. Swoja rolą przejmowałam się bardzo i chciałam by wszystko funkcjonowało jak najlepiej. Tej właśnie zimy, roku niestety już nie pamiętam, do pracy przyjęty został stosunkowo młody woźny, który jednocześnie był palaczem w szkolnej kotłowni.
Były ferie. Szkoła pusta, czekała na rozpoczęcie zajęć. Na trzy dni przed rozpoczęciem nauki, zaszłam do szkoły, chciałam sprawdzić czy wszystko w porządku, czy żona woźnego będąca sprzątaczką, zdołała wszystko posprzątać. Chodziłam od izby do izby, przy sprawdzaniu chyba już ostatniej klasy zobaczyłam cieknący sufit. Przeraziłam się, ale domysłom nie dawałam wiary. Była to jednak prawda, grzejniki i rury popękały. W pierwszej chwili nie wiedziałam co robić, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że w tym jest przecież jakaś część mojej winy.Powiadomiłam przewodniczącego Komitetu Rodzicielskiego. Nie wiem czy uwierzycie, bo dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale jest to prawda, autentyczna prawda. Natychmiast zorganizowano 2 ekipy hydraulików w sumie około 12 mężczyzn. Byli pracownikami uzdrowiska i Kudowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego a jednocześnie ojcami dzieci chodzącymi do tej szkoły. Pracowali bez przerwy przez 3 dni i 3 noce, bo rury popękały nie tylko w tej jednej izbie ale w całej szkole. Po skończonych remontach nikt nie zapytał o złotówkę. Wiedziałam, że robili to dla mnie abym nie miała większych kłopotów ze strony władz szkolnych, za brak nadzoru. Po dzień dzisiejszy pamiętam ich wszystkich, po dzień dzisiejszy jestem im wdzięczna.
Okazało się, że młody woźny-palacz chcąc sobie ulżyć w pracy, przestał palić w kotłowni.
Od tego czasu wiem, że ludziom trzeba wierzyć i ufać, ale jednocześnie kontrolować.

Zima roku 1981. Wszyscy wiemy jaka była.

Archiwum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:45.

 
Powered by: vBulletin Version 3.5.4
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.